Dzień 9: Rowerowy trip po Chiang Mai i gangnam stajl w pociągu

Być może zdążyliście już zauważyć, że kolejne dni swojej relacji z Baśniowej Tajlandii numeruję nieco inaczej, niż Rainbow Tours. Dla mnie pierwszym dniem był dopiero ten, w którym postawiliśmy nogę na ziemi tajskiej. Dla biura podróży ten, w którym zaczynamy wycieczkę, a więc spotykamy się na lotnisku. Nie neguję tego, ale tak naprawdę pierwszy i ostatni dzień 16-dniowej wycieczki trwają ledwie po kilka godzin, a podróż tam i z powrotem zajmuje w sumie prawie 22% (3,5 dnia z 16) programu wycieczki. Takie są niestety skutki uboczne podróży w odległe zakątki świata i czy nam się to podoba, czy też nie, do momentu wynalezienia teleportacji, lub przynajmniej budowy ponaddźwiękowych samolotów pasażerskich taki stan rzeczy trzeba będzie zaakceptować. A poza tym zupełnie inaczej wygląda w katalogu wycieczka na 16 dni, niż ta na dni 13. Marketing.

O ile chcąc być bardzo czepialskim można mieć pretensje do biur podróży (bo przecież nie tylko RT w ten sposób prezentuje program zwiedzania) o przemilczenie faktu, iż 1/4 wyjazdu to w rzeczywistości atrakcje w postaci podziwiania kształtnych stewardess, to takie dni jak ten dzisiejszy zdarzać się po prostu muszą. Bogaty program, geografia i unikanie dodatkowych kosztów za przeloty wewnętrzne skutkują tym, że na powrót z północy na południe do centralnych dzielnic Tajlandii trzeba poświęcić pół dnia (i całą noc).

I dziś jest właśnie taki dzień. Jeśli śledzicie wrzucane przeze mnie mapki do opisu każdego kolejnego dnia (i posiadacie, w przeciwieństwie do Agi, chociaż minimum zmysłu orientacji w terenie) to wiecie, że wciąż jesteśmy na północy. Jeśli natomiast znacie program zwiedzania to kojarzycie, że część objazdowa praktycznie za nami. Czas najwyższy na powrót do Bangkoku i transfer do Pattayi. Taki też jest plan na najbliższe 24 godziny:

  • 14.00 – zbiórka pod hotelem i wyjazd w kierunku dworca kolejowego (z czasem zapasowym na ewentualne korki)
  • 15.30 – umilające podróż zakupy w przydworcowym sklepie
  • 16.00 – odjazd nocnego pociągu na trasie Chiang Mai – Bangkok
  • 06.30 – dojazd do Bangkoku
  • 07.00 – śniadanie w jednym z hoteli
  • 08.00 – wyjazd do Pattayi

Zanim jednak stawimy się wszyscy na zbiórce, całe przedpołudnie mamy wolne (pokoje trzeba zwolnić do godziny 12.00; bagaże mogą zostać w hotelowym schowku). Brak dzwoniącego o świcie budzika to idealny pretekst do tego, żeby dać swojemu organizmowi wreszcie odczuć, że jest na urlopie. Można się wyspać. Można w spokoju zjechać na śniadanie. Można je zjeść bez pośpiechu. Wreszcie można się dokładnie spakować i nie patrzeć przy tym wszystkim nerwowo na zegarek. Można. Ale po co?

Ja jestem z tych, dla których poranne pobudki do fabryki to największa katorga. Podnieść mnie przed 7.00 nie jest łatwo. Natomiast gdy mam iść na rower, czy squasha, to nawet w mroźne niedzielne poranki potrafię wstać przed nastawionym na 5.30 rano budzikiem. Z własnej, nieprzymuszonej woli!

Tak więc, jak tylko usłyszałem kilka dni temu skrawek rozmowy Marty z jednym z uczestników naszej wycieczki na temat propozycji organizacji absolutnie ponadprogramowej wycieczki rowerowej przez dwa dni miałem problemy z zaśnięciem. Rowerowy trip to jeden z moich ulubionych pomysłów na spędzanie wolnego czasu. A rowerowy trip po obcej ziemi to rzadki rarytas! Tym bardziej szybko awansował na moją tajską listę must have.

Okazało się, że takich freaków jak ja jest więcej. Nie trwało to nawet dwóch pełnych dni, by wyklarowała się lista 12 ochotników. I, co ważne, nikogo nie zraziła cena. 1.050 THB za osobę to dość sporo, jak na kilkugodzinną wycieczkę rowerową. Nawet wliczając w to wynajęcie roweru, obsługę pilota i przewodnika oraz butelkę wody. Jakkolwiek to zabrzmi, mój ciąg do pedałów był jednak silniejszy, niż suwak w portfelu. Szybka konsultacja budżetu z Agnieszką i jest zielone światło! Juhuu!

Termin tripu mógł być tylko jeden. Harmonogram zwiedzania naprawdę jest dość napięty, tak więc okienko dzisiejszego przedpołudnia pasowało nam idealnie. Godzina startu ustawiona na 9.00 rano też nam specjalnie nie zawadzała. Był nieco dłuższy niż zazwyczaj sen. Było – tym razem na słodko, bo to i lekko i pożywnie – wspólne śniadanko. Dla palących był czas na uzupełnienie nikotyny we krwi. Był rosnący entuzjazm i wreszcie była zbiórka przed hotelowym podjazdem…

Rowerowy trip po okolicach Chiang Mai

Gdy wyszliśmy przed hotel nasz przewodnik Mickey oraz syn właściciela firmy, która zorganizowała dla nas tę wycieczkę, a którego imienia nie pomnę już na nas czekali. A wraz z nimi wyładowany rowerami pickup marki Mitsubishi. Widok robił wrażenie. Podobnie, jak rowery, które może nie były najwyższej klasy sprzętem trekkingowym, ale których z pewnością się tu nie spodziewałem. Oto czekały na nas Treki serii 3, zarówno z ramą męską, jak i damską.

Trudno Ci wybrać pomiędzy rowerem terenowym, a miejskim? Kup oba, w jednym modelu. Seria 3 daje Ci pewność, kontrolę i wszechstronność zarówno na szosie, jak i na szlaku. Wszędzie tam, gdzie nim pojedziesz. Seria 3 to rowery do weekendowej jazdy, do dojeżdżania do pracy lub do jednego i drugiego. Wszechstronność, znakomite zawieszenie, zaawansowana specyfikacja – nic dziwnego, że Seria 3 jest najlepiej sprzedającymi się rowerami na świecie.

To oczywiście laurka z katalogu producenta. Dość jednak napisać, że sprzęt został dostarczony w dobrym stanie technicznym i wizualnym. A to przecież najważniejsze.

Musze przyznać, że organizacja – wydawałoby się zwykłej wycieczki rowerowej – stała na bardzo wysokim poziomie. Panowie dobierali każdemu odpowiedni dla wzrostu uczestnika rozmiar ramy. Wręczali kask i butelkę schłodzonej wody, po czym przypominali wszystkim i każdemu z osobna, że w Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny, dlatego korzystając z dróg publicznych należy pamiętać, aby jechać lewą stroną. I tam też wypatrywać ewentualnie nadjeżdżających aut.

Po krótkim kursie przepisów prawa drogowego i ustaleniu hierarchii i kolejności poruszania się w grupie mogliśmy ruszać. Kolumnę otwierał Mickey, a zamykał wspomniany syn właściciela oraz Marta, która jechała razem z nami i która pełniła dodatkowo funkcję tłumacza, bowiem przewodnik porozumiewał się z nami rzecz jasna w języku angielskim.

Aby wydostać się na przedmieścia musieliśmy przejechać mniej więcej kilometrowy odcinek Chang Klan Road kierując się na południe. Mimo, że jest piątek, godzina 9:00 rano, a więc teoretycznie trwają godziny szczytu, ruch w tym kierunku był niewielki. Co prawda często poruszam się rowerem po ulicach i czuję się wówczas dość pewnie, to jednak instynkt samozachowawczy nie pozwala mi zapomnieć, że znajduję się na ziemi tajskiej. Sprawnie udaje nam się jednak zjechać w jedną z osiedlowych uliczek, gdzie już od samego początku możemy obserwować to, co podczas całej wyprawy będzie chciał nam pokazać Mickey, a więc codzienne życie zwykłych Tajów, z dala od turystycznego zgiełku.

Najpierw przejeżdżamy przez coś na kształt naszego osiedla domków jednorodzinnych. Po oczach bił spokój tubylców. Dosłownie, jakbyśmy przecinali jakąś wioskę. Psy, koty, bawiące się na ulicy dzieciaki, czy nawet dłubiący coś w garażu panowie zdawali się nie zwracać uwagi na pojawiający się znikąd peleton 15 cyklistów. Zupełnie, jakbyśmy byli częścią lokalnego krajobrazu.

Dojeżdżamy do rzeki Ping, którą kilkakrotnie dziś przetniemy. Jej nurt nie jest zbyt porywczy. Chyba nawet my poruszamy się szybciej, niż unosząca się na kakaowej wodzie kłoda. Najpierw jedziemy kilkaset metrów wzdłuż koryta, by za chwilę niewielkim mostkiem przejechać na drugi brzeg, skąd skrótem między podwórkami lokalnych dostojników dojeżdżamy do pierwszego dziś przystanku – niewielkiego kompleksu świątyń.

[nggallery id=74]

Wjeżdżamy na otwarty, choć niezbyt duży teren kompleksu Wat Koh Klang. O historii tego miejsca wiadomo niewiele, oprócz tego, że budowę w roku 1867 sfinansował niejaki Phra Adhikarn Duangta. Oprócz świątyni, na terenie stoi kilka mniejszych, równie pięknie zdobionych budynków, a pomiędzy nimi kilka posągów. Cały kompleks jest bajecznie położony nad brzegiem rzeki, wśród gęstej, soczyście zielonej roślinności.

Podczas kilkuminutowej pogadanki Mickey wyjaśnia nam, że większość tego typu małych świątyń jest budowanych i w całości utrzymywanych z datków wiernych. Opowiada też o filozofii buddyzmu oraz codziennym życiu Mnichów. Ku naszemu zaskoczeniu okazuje się, że on sam też był Mnichem i to przez okres dwóch lat. Nie jest to w Tajlandii rzadki przypadek, bowiem rodzice często oddają swych synów do klasztorów, by tam pobierali nauki i obierali właściwy kurs dla swojego życia.

[nggallery id=75]

Uduchowieni ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem asfalt szybko stał się szutrem, a zabudowania gęstym lasem lub polną roślinnością. Takiej Tajlandii nie da się zaobserwować z okien autokaru.

Po blisko 20 minutach spokojnego pedałowania dotarliśmy do punktu kulminacyjnego naszej wyprawy. Do miejsca, które najbardziej nas elektryzowało, gdy tylko poznaliśmy zarys trasy. Dojechaliśmy tam, gdzie nigdy sam nie odważyłbym się pojechać, nawet mając pełną świadomość, że czasy świetności tego miejsca minęły wiele lat temu.

Mimo, że wjeżdżając tu mieliśmy tę świadomość, w powietrzu czuć było respekt przed miejscem, w którym się znaleźliśmy. Każdy z nas zwolnił, by w ciszy i ze spokojem chłonąć to, co widzą nasze oczy. I mimo, że w powietrzu unosił się jedynie dźwięk wolnobiegów, uszy nie pozostawały daleko w tyle za oczami. Słyszały to, czego już dziś słychać nie było. Nawet skóra zareagowała gęsią powłoką.

Wjechaliśmy do nieistniejącej już Wioski Trędowatych.

Wioska powstała w roku 1908 i była odpowiedzią na epidemię trądu, jaka nawiedziła te rejony na początku XX wieku. Jej założycielem był amerykański misjonarz, dr. James McKean (dziś jego imieniem nazwano powstałe tu Międzynarodowe Centrum Rehabilitacyjne). Schronienie dostawali tu chorzy na trąd, od których odwróciły się ich rodziny i którzy wypędzani byli ze swych wiosek. Przez 30 kolejnych lat teren zajmowany przez 5 różnych wiosek rozrósł się do 138 hektarów. Pobudowano tu m.in. szpital, kliniki, wieżę wodną, miejsca noclegowe dla gości, centrum szkolenia zawodowego oraz świątynie.

W zamyśle dr. McKeana było stworzenie miejsca, które przywróci chorych do życia, a nie będzie dla nich cmentarzyskiem. Udało się. Wielu chorych po zakończonych sukcesem kuracjach i żmudnej rehabilitacji było stopniowo przenoszonych do jednego z 22 powstałych na północy kraju ośrodków, w których przechodzili kolejny stopień przysposobienia do normalnego życia.

Na początku lat 80-tych, w związku z faktem, że trąd przestał być problemem masowym w Tajlandii postanowiono wykorzystać wioskę w nieco inny sposób. Dzięki temu kilkanaście lat później uruchomiono w tym miejscu Międzynarodowe Centrum Rehabilitacyjne, znane i cenione nie tylko przez lokalnych pacjentów, ale również tych międzynarodowych.

Do dziś zachowało się kilkanaście stuletnich domków. Pozostałe zostały wyremontowane, lub postawione od nowa. W ośrodku widać odciśnięty ząb czasu, ale to tylko potęguje wrażenia wizytujących go gości. Ciary…

[nggallery id=76]

Po opuszczeniu wioski jeszcze przez chwilę zaduma nie znika z naszych twarzy. Szybko jednak na ziemię sprowadza nas Mickey, który zatrzymuje peleton przy niepozornie wyglądającym budynku. Okazuje się, że wcale nie opuściliśmy jeszcze kompleksu, a w stojących przed nami murach znajduje się niewielka manufaktura, w której pracują podopieczni ośrodka. Przy wsparciu sponsorów zorganizowano tu niewielki warsztat, w którym osoby niepełnosprawne własnoręcznie robią wszelkiego rodzaju pamiątki, ozdoby, czy nawet papeterię.

Wrażenie robi na nas nie tyle otwartość obcych nam przecież ludzi, co ich przedsiębiorczość. Nikt z nich nie narzeka, że ma pierwszy, czy trzeci stopień niepełnosprawności. Nikt nie płacze nad swoim losem i nie wyciąga ręki po pieniądze. Każdy z nich, z pokorą przyjął to, co dał mu los. A teraz stara się to maksymalnie wykorzystać. Jedni, jak pewien jegomość z widocznymi gołym okiem skutkami choroby maluje obrazki. Pewna niedowidząca pani montuje łańcuszki z wystruganych przez jej koleżankę w tekowym drzewie słonikach. Jeszcze inna pani wycina papeterię. Wszystko w skupieniu, ale z uśmiechem na ustach. Aż chce się żyć!

[nggallery id=77]

Po krótkich zakupach (za tekowe słonie-breloczki płaciłem po 50 THB) i dobrowolnie przekazanym wsparciu finansowym dla podopiecznych ośrodka ruszamy w dalszą drogę. Musimy, bo czas nagli, a zaplanowanych atrakcji jeszcze kilka przed nami.

Nie od dziś wiadomo, że najlepiej zwiedza się z wysokości rowerowego siodełka, dlatego poruszamy się niespiesznym tempem spacerowym. Nikt tu nie chce bić rekordów. Raczej chłonąć krajobrazy. Mickey doskonale o tym wie, dlatego prowadzi nas to przez niewielkie zabudowania, to znów przez pola i sady, by ponownie wyjechać na wąską drogę. Przejeżdżamy m.in. obok szkoły, obozowiska harcerskiego, lokalnego urzędu, kilku świątyń, niewielkiego bazarku, czy nawet masarni.

Nie omijają nas również kłopoty techniczne. Awarii uległa tylna przerzutka jednego z rowerów. Dokładnie rzecz ujmując wzięła i się złamała. A już będąc do bólu precyzyjnym złamał się hak podtrzymujący pantograf. Dziwna awaria, tym bardziej, że nie była następstwem żadnej wywrotki. Na szczęście grupę obsługiwało dwóch przewodników. Syn właściciela użyczył swojego roweru, dzięki czemu mogliśmy jechać dalej. Sam został z tym zepsutym czekając na pomoc swoich współpracowników.

[nggallery id=78]

Po przejechaniu kilku kolejnych kilometrów zatrzymujemy się na dość niepozornej polance otoczonej wysokim na jeden metr ceglanym murem. W rogu działki wielkości 5, może nawet 8 arów stał niewielki, murowany budynek z dość wysokim kominem. Pod murem na drugim końcu nieco już zarośnięta majaczyła konstrukcja, która z daleka wyglądała na ładnie zdobiony podjazd z kanałem do serwisowania aut. Mickey poprosił na bok Martę, by jak się później okazało skonsultować z nią możliwość prezentacji tego miejsca. Dostał zielone światło, więc wskazał nam trzyrzędową trybunkę znajdującą się przy wejściu na działkę. Poprosił również o zdjęcie kasków.

Trzy zdania wprowadzenia i już wiedzieliśmy, że siedzimy na miejscu dla uczestniczącej w ceremonii rodziny. Ceremonii kremacji. Byliśmy bowiem w tajskim, wiejskim krematorium.

Na konstrukcji, którą mylnie zidentyfikowałem jako kanał (facepalm…) stawia się trumnę, a pod nią umieszcza wszystko, co łatwopalne. Niestety nawet śmieci, czy opony. Zadaniem rodziny jest posprzątanie szczątków i resztek niedopałków po zakończonej kremacji. Nie każdy robi to jednak dokładnie, stąd w trawie widać było nie jedną kość.

Na szczęście Tajowie również starają się iść z duchem czasu i aktualnie kremacje odbywają się w pobudowanym kilka lat temu budynku, w którym znajduje się już piec gazowy i zaplecze sanitarne.

A konsultacja z Martą wynikała z faktu, że na co dzień Mickey jest przewodnikiem przede wszystkim Holendrów, którzy słyną nie tylko z olbrzymiego zamiłowania do rowerów, ale również z dość dużej tolerancji i otwartości na świat. Polacy byli jego podopiecznymi po raz pierwszy. Nie chcąc więc urazić niczyich uczuć wolał się skonsultować, czy tematyka tej lekcji tajskiej kultury nie będzie dla nas i naszej kultury obraźliwa.

[nggallery id=79]

Już mieliśmy ruszać w dalszą drogę, gdy okazało się, że przytrafiła się nam kolejna awaria. Tym razem dziurawa dętka. Niestrudzony Mickey wyjął z plecaka zestaw pierwszej pomocy, a więc zapasową dętkę, łyżki do opon i niewielką pompkę. Może nie trwało to tyle, co na poniższym filmiku, ale jakąś minutę, czy dwie później mogliśmy ruszyć w dalszą drogę.

[nggallery id=80]

Wracamy na drogi publiczne, choć wciąż rzadko uczęszczane. Częściej spotykamy rowerzystów, czy nawet dorożki, niż samochody i bardzo popularne w Tajlandii skutery. Tym razem przejazd nie trwa długo. Po dwóch, może trzech kilometrach wjeżdżamy na jedno z podwórek, gdzie urządzamy sobie dziki parking i gdzie czekał już na nas syn właściciela wraz z nowym rowerem. W przydomowej, rodzinnej knajpce, która pełni również funkcję lokalnego sklepu zjemy obiad. Do wyboru mamy kilka dań. Ja decyduję się na pikantną jak diabli zupę. Ale w karcie były też bardziej pożywne makarony, czy kurczaki. Za nic, nawet wyjęte wcześniej z lodówki napoje nie płacimy, bowiem uregulowanie rachunku bierze na siebie organizator wycieczki. Miło.

[nggallery id=81]

Leniwie ruszamy w dalszą drogę. Minęła godzina 12.00. Do przejechania mamy jeszcze kilkanaście kilometrów, więc zmierzamy już w stronę hotelu. Po drodze zatrzymujemy się na chwilę na terenie pięknej Wat Chedi Liam, czyli Świątyni Złotej Chedi, w której wciąż urzędują Mnisi. Na zejście z rowerów nie ma już niestety czasu.

Kompleks został wybudowany w roku 1287. Niestety nie przetrwał próby czasu. W roku 1908 został poddany renowacji, którą sfinansował birmański dostojnik. Widać to doskonale w architekturze Chedi. Wszystkie wcielenia Buddy przyodziane są, zgodnie z birmańską tradycją w żółte szaty. W Tajlandii Budda nosi się na biało.

Posągów Buddy jest 60. Każdy z nich prezentuje inny gest. Legenda głosi, że liczba ta nie jest przypadkowa i odnosi się do wszystkich królewskich żon Tajlandii.

Na elewacji Chedi Mickey pokazuje nam skutki ubiegłorocznej powodzi. Woda sięgała tu blisko 4 metrów. Szok.

[nggallery id=82]

Na tym kończy się nasza wycieczka. Do hotelu pozostało niespełna 3 km. Wracamy zmęczeni, ale szczęśliwi. Każdy z nas czuje, że to było wspaniale wykorzystane przedpołudnie. Nikomu nie przeszkadza nawet wzmożony ruch na ulicach, bo czym jest te 5 minut wdychania spalin przy 4 godzinach swobodnej eksploracji tajskiej wsi, jej historii i zwyczajów?

[nggallery id=83]

Do hotelu docieramy chwilę przed godziną 13.00. Teoretycznie od godziny powinniśmy być już bez swoich pokoi. Pal licho pakowanie się. To można by ogarnąć przed wycieczką. Ale ruszanie w dalszą, trwająca pół dnia i całą noc podróż bez odświeżenia się byłoby bardzo mało higieniczne. Na szczęście pomyślała o tym i Marta i Pui. Wynegocjowali w hotelowej recepcji, że pokoje wszystkich uczestników wycieczki mogły być zwolnione dopiero o 13.30. Szybko się więc żegnamy organizując niewielką zrzutkę na napiwek dla przewodników i biegiem na górę pod prysznic.

Jak zorganizować sobie takie fajne przedpołudnie? Nawet jeśli Wasz przewodnik nie będzie zainteresowany przejażdżki, szczerze Wam rekomenduję bezpośredni kontakt ze Spice Roads. Organizują wycieczki o różnym poziomie trudności i czasie trwania. Każdy znajdzie coś dla siebie. Wystarczy chcieć!

Podsumowując: Przejechaliśmy 31 km w niespełna 4 godziny ze średnią prędkością ruchu 14,5 km/h. Widzieliśmy kilka pięknych świątyń, opuszczoną wioskę trędowatych oraz lokalne krematorium. Przejechaliśmy przez plantację bananowców, las tekowy i masarnię, gdzie suszyła się słonina. Jak to sie pięknie mówi: dotknęliśmy prawdziwej Tajlandii.

Powyżej zapis ścieżki gps naszej wycieczki. Więcej szczegółów i statystyk dotyczących trasy na moim profilu w Sports Tracker: bike.arthuryankovski.org.

A co robić z wolnym czasem, jeśli nie chcecie / nie umienie / nie lubicie jeździć na rowerze? Można się porządnie wyspać, bo następna noc w pociągu. A nie każdy to lubi. Można skorzystać z hotelowego basenu i złapać nieco opalenizny. Można odwiedzić misia pandę w miejskim ZOO, albo udać się na miasto i pospacerować po czymś na kształt starówki. Można też, jak Agnieszka nadrobić zaległości korespondencyjno-newsowe i spędzić trochę czasu przed komputerem.

Po szybkim prysznicu i dopakowaniu się schodzimy na dół, gdzie zostawiamy walizki. Nie tylko nasze, bo wieść o tym, że jako jedni z nielicznych mamy przedłużoną dobę hotelową szybko się roznosi i w naszym pokoju naprędce zorganizowano niewielką przechowalnię bagażu. Zawsze to bezpieczniej, niż w hotelowym schowku.

Zanim wybiła 14.00 idziemy jeszcze do oddalonej od hotelu o 300 metrów lokalnej knajpki, gdzie za 150 THB zamawiamy sajgonki i herbatę. Nigdy nie wiadomo co dostaniemy w suchym prowiancie na drogę. A następny posiłek z prawdziwego zdarzenia dopiero za 12 godzin.

Nocny pociąg z mięsem

Wybiła 14.00, a że nasza grupa wciąż trzyma wysokie standardy dyscypliny, wszyscy jak jeden mąż byli gotowi do drogi. Zanim jednak ruszyliśmy, chwilę nam zajęło potwierdzenie, że w autokarowym luku znajduje się komplet walizek. Mr. Bond odwiezie nas na dworzec, gdzie po raz pierwszy się rozstaniemy. My w miarę wygodnie dotrzemy do Bangkoku nocnym pociągiem, a Mr. Bond tę samą trasę w mniej więcej tym samym czasie pokona w swojej żółtej strzale. Sam. Z naszymi walizkami. Warto więc się upewnić, że wszystko jest na swoim miejscu, żeby jutro rano nie było nerwów i płaczu.

Na dworzec ruszamy ponad półtorej godziny przed startem pociągu. To niby tylko 4 km odległości z hotelu Lanna Palace, ale przejechanie tego odcinka zajmuje nam dobrą godzinę.  W autokarze Marta rozdaje wszystkim przydziały noclegowe, czyli karteczki, na których własnoręcznie rozpisała kto, gdzie i z kim będzie dzielił dzisiejszą nockę. Przydział nie jest oczywiście losowy i wynika z obserwacji grupy. Czyli kto się z kim trzyma, z tym będzie dziś spał. My trafiamy do kajuty z Karoliną i Mariuszem. Z racji tego, że przedziały są czterołóżkowe, nie mogliśmy się tam zmieścić całą sześcioosobową paczką. Sonia z Rafałem trafiają na Pui. Też nieźle.

Tak więc, jako się rzekło, po godzinie jazdy docieramy na dworzec kolejowy w Chiang Mai. Do odjazdu pociągu zwanego Special Express mamy ponad 30 minut. Nie próżnujemy. Już z okien autokaru, między liśćmi gęsto posadzonych drzew każdy z nas zauważył znane i lubiane logo sieci sklepów 7Eleven. Szybko zabieramy to, co będzie nam potrzebne dzisiejszej nocy, zostawiając oczywiście walizki i leżące na górnej półce pamiątki. I biegusiem przez ulicę na zakupy.

Zdaje się, że takie oblężenie jak to dzisiejsze, przydworcowy 7Eleven przeżywa codziennie przed odjazdem Special Expressu. Liczba pojawiających się znikąd klientów-turystów nie zrobiła na nikim wrażenia. I nawet wspominana przeze mnie prohibicja tu nie działa! Na peron wchodzimy więc obładowani nie tylko bagażem podręcznym, ale również kilkoma siatkami, w których przytargaliśmy parę butelek Hong Thonga, trzy czteropaki Changa, coś na zapojkę oraz prowiant typu chipsy, orzeszki i zupki w proszku. Co najmniej, jakbyśmy mieli spędzić w tym pociągu ze dwie doby, a nie 14 godzin, z czego połowę we śnie.

Gdy dotarliśmy na peron, różowo-fioletowy pociąg już na nas czekał. Chiang Mai to stacja początkowa długiej na 700 km trasy do Bangkoku. Daje to spory komfort. Nie trzeba się spieszyć i przeciskać ze wszystkimi w wejściu. A poza tym, po rozlokowaniu się w przedziałach można jeszcze wyjść na peron na papieroska i piwko.

Gdy tak się chillowaliśmy przed podróżą, obserwowaliśmy odprawę obsługi naszego pociągu oraz dostawę suchego prowiantu na drogę, który przygotowała hotelowa restauracja, a o którym na śmierć zapomnieliśmy. Podczas części objazdowej przysługują nam przecież dwa posiłki dziennie, a że w drodze nie będzie szans ani na obiad, ani na kolację, dostaliśmy całkiem sporych rozmiarów zestawy. A w nich ryż, pieczony kurczak, kanapka z tuńczykiem oraz ciastko, owoce i jogurt na deser. Unoszący się za dostawcą zapach ciepłego żarcia zwabił nas z powrotem do pociągu… 😉

[nggallery id=84]

Słów kilka o warunkach, jakie na nas czekają w podróży. Pociąg wygląda z zewnątrz na w miarę nowy, ewentualnie stosunkowo niedawno wyremontowany. Wewnątrz nie jest dużo gorzej, a w porównaniu do floty PKP jest naprawdę OK. Skład, którym będziemy jechali do Bangkoku, oprócz lokomotywy, której obecność dziwić nie może 😉 miał również 13 wagonów. Mniej więcej w połowie jego długości znajduje się wagon jadalny, potocznie przez nas zwany Warsem. Ponieważ jest to pociąg nocny, wszystkie wagony (a przynajmniej te od ostatniego, w którym będziemy podróżować, aż do rzeczonego jadalnego) są wagonami sypialnymi. Jeszcze nie tak dawno wagony sypialne na tej trasie wyglądały mniej więcej tak:

nocny-pociag

Dziś na szczęście jest już sporo lepiej, a z pewnością intymniej. Zamiast jednego wspólnego dormitorium w hostelowym stylu, w każdym wagonie (a przynajmniej w wagonie 2 klasy, którą podróżowaliśmy) jest kilka czteroosobowych przedziałów. Do tego podsufitowe wentylatory zastąpiono klimatyzacją, która niestety sterowana jest centralnie i nie ma możliwości jakiejkolwiek regulacji. Weźcie to pod uwagę pakując najpotrzebniejsze rzeczy na noc w pociągu, bowiem pewne Włoszki trafiły do przedziału, w którym temperatura zbliżona była do tej panującej w Polsce, a nie w środkowej Tajlandii. Biedaczki latały po całym pociągu w poszukiwaniu pomocy, ale ostatecznie z racji pełnego obłożenia, opatulone we wszystko, co miały pod ręką i z pewnością zmarznięte na kość dojechały tak do Bangkoku. Jakiś polarek lub sweterek w plecaku wskazane.

Jeszcze gdyby łazienki (jest ciepła woda!) były zamknięte, a toalety bardziej przytulne, byłoby wręcz cacy.

[nggallery id=85]

Zanim (po przeprowadzonej inspekcji pociągu) zdążyłem wrócić do naszego przedziału, w którym mieliśmy w planach urządzenie sobie before party, dziewczyny już dobrały się do roznoszonych przez Pui paczek z obiadokolacją. Może i mądrze, bo dzięki temu zjadły ciepły posiłek.

Trzy, czy cztery godziny po starcie spędziliśmy na konsumpcji poczynionych przed odjazdem zakupów. Wspominaliśmy to, co już za nami wybierając najlepsze momenty i najpiękniejsze miejsca. Rotacja w naszym przedziale była dość spora. Oprócz Pui i Marty, którzy przechadzali się po pociągu, by odwiedzić wszystkich swoich podopiecznych, przewinęło się też sporo innych turystów z naszej grupy, którzy również poczynili podobne zakupy. Było i śmiesznie i głośno.

W między czasie Marta opowiadała nam o regularnych imprezach, które odbywają się wieczorową porą w Warsie. Podobno są tańce, hulanki i nawet swawole. Gdy wybiła 20.00, z niedowierzaniem zrobiliśmy pierwsze podejście. No bo niby jak, w jadalnym przedziale jadącego pociągu można rozkręcić imprezę? Przecież jeszcze kilkadziesiąt minut temu tam byliśmy i na własne oczy widzieliśmy, jak kuchnia przygotowywała posiłki, na które przy stolikach czekali podróżni.

Jakże żałowałem, że nie wziąłem ze sobą aparatu, gdy 5 minut później, zbliżając się do wagonu restauracyjnego usłyszałem znajome dźwięki będącego obecnie w Polsce na topie hitu „Ona tańczy dla mnie”. WTF? Gdy otworzyliśmy drzwi wszystko stało się jasne. Zgaszone światła, stroboskop pod sufitem, konsoleta na barze i dziesiątki osób wywijających w rytm przeboju zespołu Weekend. Szok.

Wróciliśmy po dziewczyny i aparat. Impreza miała się skończyć wraz z ciszą nocną, czyli o 22.00. Gdy wychodziliśmy z Warsu kilka minut po północy, co prawda światła już się paliły, ale muzyka jeszcze grała. W przedziale zostały niedobitki imprezowiczów i zrezygnowana obsługa, a wśród niej pani, która wcześniej bez wiary w ekonomiczny sukces przechadzała się po pociągu pchając wózek pełen przekąsek i napoi. Również alkoholowych. Teraz bidula spała oparta o jeden ze stolików.

Jakże przednia była to zabawa, niech opiszą te obrazki:

[nggallery id=86]

Na szczególny komentarz zasługuje ostatnie zdjęcie. Mariusz zmęczony nieco gorącą atmosferą Warsowego bajabongo postanowił kupić piwko w barze. Zapłacił za nie banknotem o nominale 1.000 THB, po czym złapał za butelkę i nie czekając na wydanie reszty, ponownie wskoczył w wir zabawy. Gdy uświadomił sobie, co się stało, podzielił się tym z Karoliną. Stąd uwieczniona na zdjęciu jej reakcja. Na szczęście okazało się, że stojąca za Mariuszem w kolejce Sonia wykazała się większą jasnością umysłu i resztę odebrała.

Do swoich przedziałów, gdzie czekała na nas niemała niespodzianka docieramy grubo po północy. Pod naszą nieobecność obsługa pociągu pościeliła wszystkie łóżka! Prześcieradła, ubrane pościele, rozłożone materace! WOW! Szybka toaleta, siusiu, paciorek i można było spać. Dobranoc!

PS: Mierzcie siły na zamiary. Impreza imprezą, tańce tańcami, ale koniec końców trzeba się jeszcze wdrapać na górną pryczę. U nas podobno niektórzy mieli z tym problemy. Podobno, bo ja już wtedy smacznie pochrapywałem. Wstydem się to nie skończyło, raczej kupą śmiechu, ale pamiętajcie o umiarze.

AKTUALIZACJA: W połowie lipca 2013 roku na tej samej trasie wypadek w miejscowości Phrae miał nocny pociąg relacji Bangkok – Chiang Mai. Rannych zostało 30 z 290 podróżnych, w tym 5 ciężko. Większość poszkodowanych to zagraniczni turyści. Czy do wykolejenia doszło pośrednio przez trwającą w Warsie imprezę? Tego nie wiadomo. Na wszelki wypadek umiar zachowajcie również w tańcach.

Dzisiejsza trasa

A – Dworzec kolejowy Chiang Mai; B – Dworzec kolejowy Hua Lamphong, Bangkok

Showing 3 comments
  • Test
    Odpowiedz

    Komentarz testowy.

    • Test 2
      Odpowiedz

      To też jest komentarz testowy.
      Óśćźąę.

    • artur
      Odpowiedz

      Komentarz testowy 2.

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search