Dzień 8: Wioska słoni, ogród orchidei i świątynia Doi Suthep

To już 5 hotel i 7 noc w Tajlandii. Nigdy nie miałem problemów z szybką aklimatyzacją i snem na nowym miejscu, ale nie da się ukryć, że mój organizm powoli zaczyna odczuwać trudy podróży. Z jednej strony to dość dziwne, bo ani plecaka z bagażem nie targam, ani nawet na piechotę dużo nie chodzę, ale czerwona dioda sygnalizująca wyczerpujący się akumulator miga mi w głowie coraz intensywniej… Z drugiej strony to w sumie nie dziwne, skoro po raz kolejny kończymy dzień w okolicach północy wraz z dnem Hong Thonga. Dzień, który znów nie szczędził nam promieni słonecznych i kilometrów w (klimatyzowanym na szczęście) autokarze. Jednak mimo narastającego zmęczenia nikt nie grymasi. Po pierwsze primo: dziś słonie! Po drugie primo: jutrzejsze przedpołudnie jest wolne od wszelkich zajęć, będzie więc czas na regenerację. Po trzecie primo: część pobytowo-plażowo-basenowa zbliża się wielkimi krokami. Nie, żebym nie mógł się doczekać. Wręcz przeciwnie! Podoba mi się tu coraz bardziej i zrobiłbym wszystko, żeby zostać jeszcze ze 2 tygodnie, ale perspektywa błogiego lenistwa jest przecież taka silna…

Chwała Bogu dziś ten poranek, w którym nie musimy się ani spieszyć, ani tym bardziej pakować. Szczególnie brak konieczności wystawienia walizek za drzwi 30 minut po pobudce jest bardzo zadowalający. Wieczorem trzeba jednak będzie wziąć sprawy w swoje ręce, bowiem walizki wymykają się nam z pod kontroli bardziej, niż tyłki amerykańskim nastolatkom.

Tak więc pobudka, poranna toaleta, wymiana akumulatorów w aparacie i jesteśmy gotowi na wizytę w wiosce słoni. Zanim jednak na zbiórkę, najpierw schodzimy oczywiście na śniadanie. Niby wyspani, niby gotowi na nowe wrażenia, ale jednak zapominamy z pokoju voucherów do hotelowej restauracji… Lana Palace Hotel jest bowiem jedynym hotelem na naszej trasie, który przed wpuszczeniem do hotelowej restauracji wymaga przedstawienia vouchera. Otrzymuje się go przy procedurze meldunkowej wraz z kluczem do pokoju, tak więc mieliśmy prawo o nim zapomnieć… 😉 Zamiast jednak wracać na górę ładnie się uśmiecham i mówię, że gapcio ze mnie, bo vouchery leżą na stoliku w pokoju. A że w tym kraju uśmiechem można załatwić więcej, niż pieniędzmi, zostajemy oczywiście wpuszczeni.

Śniadanie niczym nie różni się od tych, które spotkaliśmy do tej pory. Są oczywiście jajka, parówki, wędlina, warzywa, pieczywo. Są też dania tajskie. Ale jest też spora oferta dań na słodko. W tym mleko, tosty i naleśniki. Nikt nie powinien wyjść głodny. Standard wyżywienia, niezależnie od miasta i hotelu trzyma swój poziom.

Maetang, czyli wioska słoni

Przed hotelem, oprócz Mr. Bonda i jego wehikułu, Pui oraz Marty czeka na nas również telewizja. A dokładniej rzecz ujmując operator i reżyser w jednym, czyli jednoosobowa ekipa dokumentująca dzisiejszy trip. Pan Kamerzysta będzie nam towarzyszył on momentu wyjazdu, aż do samego powrotu z Maetang. Za dodatkową opłatą – jeśli mnie pamięć nie myli (nie wiem, bo nie byliśmy od początku zainteresowani) – 500 THB można otrzymać film na płycie DVD z wizyty w wiosce słoni, trekkingu, spływu oraz ogrodu orchidei. Osoby, które się decydują na zakup nagrania przy wejściu do autokaru dostają zieloną naklejkę na koszulkę, żeby oko kamery wiedziało, na kim ma się przede wszystkim skupiać. Choć pozostali uczestnicy również dostaną swoje 2 minuty w blasku kamery. Wbrew pozorom zainteresowanie jest dość spore.

Ruszamy. Chiang Mai nie jest przesadnie dużym miastem, choć jednym z większych w północnej Tajlandii. Przejazd przez nie w godzinach porannych musiał się niestety wiązać z korkami. To już drugi raz podczas naszej eksploracji ziemi tajskiej, gdy przez wzmożony miejski ruch musimy zmienić pierwotne plany zwiedzania. Dziś, zamiast zacząć dzień od ogrodu orchidei jedziemy prosto do wioski słoni, żeby nie spóźnić się na rozpoczynające się o godzinie 09.30 show. Oto, dlaczego warto mieć elastycznych pilotów, którzy nie trzymają się kurczowo planu zwiedzania, a starają się maksymalnie wykorzystać potencjał grupy i okolicy.

Do Maetang, jednej z wielu okolicznych wiosek słoni oddalonej od Chiang Mai o około 50 km na północ docieramy po godzinie jazdy. Nikt jednak nie wykorzystuje tego czasu na drzemkę, jak to dotychczas bywało. W ramach swojej kampanii reklamowej Pan Kamerzysta puścił nam bowiem film z jednej z poprzednich wypraw, które miał okazję dokumentować. Słonie! Wszędzie słonie! Choć wszystko to zobaczymy zaraz na żywo, niewielu było takich, którzy odrywali wzrok od telewizorów.

Komentarzem do nagrania raczy nas Marta przemycając między jednym, a drugim ujęciem ciekawostki o słoniach, ich pracy na rzecz właściciela i kraju, szacunku ludzi i codziennych zwyczajach. Sam film, oprócz przebitek z wizyty w wiosce opowiada również historię słoni indyjskich (azjatyckich) w Tajlandii oraz pomysł Króla Ramy IX na tworzenie rezerwatów, w których wykwalifikowani ludzie objęliby opieką bardzo zasłużone dla gospodarki kraju słonie.

Nie chcę psuć zabawy przyszłym uczestnikom tej wycieczki, dlatego ograniczę się jedynie do pewnej anegdotki. Otóż, jak już wspominałem, słonie są dla Tajów i Tajlandii świętością. A największą świętością są mityczne słonie białe, które nigdy nie mogły pracować. A jak nie pracowały, to nie mogły na siebie zarobić. Nie zarabiały, ale swoje 250 kg zieleninki dziennie zjadać musiały… Tak więc, mimo swojej olbrzymiej wartości (wynikającej przede wszystkim z rzadkości występowania) nie były pożądane przez nikogo. Dlatego też, chcąc zrobić psikusa osobie, delikatnie mówiąc, nielubianej, należało zacisnąć zęby i podarować jej słonia. Białego słonia. Potrafiły one doprowadzić do plajty niejednego pana na włościach…

Nim się obejrzeliśmy, za oknami autokaru zaczęły pojawiać się luźno spacerujące olbrzymy. To znak, że jesteśmy już bardzo blisko.

[nggallery id=59]

Maetang działa od niespełna 20 lat. Jest domem dla ponad 50 słoni, ich opiekunów, czyli mahutów, a także całego zaplecza w formie kucharzy, rzemieślników, treserów, tratwiarzy itp. Tak, ośrodek ten, szumnie nazywany wioską jest bez wątpienia dobrze prosperującym przedsiębiorstwem. Absolutnie nie ujmuję zasług dobrych ludzi, którzy decyzją Króla i tajskiego rządu pod swoją opiekę przyjęli te piękne zwierzęta, dając im opiekę i ochronę przed kłusownikami, a także pozwalając w miarę spokojnie pożyć na emeryturze po latach ciężkiej pracy przy wyrębie lasów. Ale coś, za coś. Słonie muszą się ładnie uśmiechać, pozować do zdjęć, kopać piłkę, a co najgorsze… jeśli nie są w ruchu, stoją na łańcuchach… Bezpieczeństwo przede wszystkim, ale niesmak jest. ;/

W swoim folderze promocyjnym, który przez przypadek wpadł mi w ręce jeszcze na parkingu, przedstawiciele Maetang chwalą się najwyższym spośród wszystkich tajskich wiosek słoni współczynnikiem urodzeń słoniątek. Średnio 4 sztuki rocznie przez 5 ostatnich lat. To chyba całkiem niezłe statystyki, skoro ciąża u słoni trwa blisko 22 miesiące (i tu należy się zwyczajowe chapeau bas, bo wytrzymać 9 miesięcy z nocnymi eskapadami po kebaba z dżemem wydaje się być nie lada sztuką, a co dopiero przez blisko 2 lata…). Chyba jednak nie jest im tu tak źle?

Wybiła 09.30. Zdążyliśmy w ostatniej chwili, bo właśnie w przepływającej przez teren wioski rzece rozpoczyna się poranna toaleta słoni. Ale zanim dotarliśmy nad rzekę zatrzymujemy się przy jednym z wybiegów. Wewnątrz kilka słoni przywiązanych do niewysokiej barierki łańcuchem. Nie wygląda to miło, ale jest chyba uczciwym kompromisem pomiędzy bezpieczeństwem (nie tylko turystów, ale i słoni), a dostępnością zwierząt dla gości. Bo co to za radocha, widzieć słonia za 10 metrową fosą, gdy tu można dotknąć go do trąby?

Nie zastanawiając się długo kupujemy na jednym z licznych straganów kosz pełen bananów i pęczków trzciny cukrowej, czyli smakołyki dla naszych milusińskich. Cena 100 THB. Dwie minuty później karmiłem jednego z nich bananami, sam też trochę podjadając. Pyszka.

[nggallery id=60]

Mimo ekscytacji należy zachować szczególną ostrożność. Co chwilę między nami przechodzi wielki słoń. Nie rzadko z małym uwiązanym do nogi. O wypadek nie trudno.

Nie należy też słoni drażnić, czyli na przykład podawać banana, po czym w ostatniej chwili zabierać. Słonie agresywne nie są, ale pamiętliwe niestety już tak. Niedługo przed naszą wizytą musiało dojść tu do jakiegoś wypadku, bowiem wcześniej pozwalano na przycupnięcie do zdjęcia na trąbie. Dziś już nie było wolno. Szkoda.

Mahuci lubią się za to przekomarzać z turystami. Nie rzadko podpuszczają swoje słonie do zrobienia jakiegoś psikusa. I tak jeden z naszych stracił kapelusz na rzecz młodego słoniątka, a Mariusz dostał buziaka trąbą. Wątpliwa przyjemność, tym bardziej, że śluz, który nie tak łatwo było z twarzy usunąć nie pachnie zbyt miło… 😉 Wszystko to uchwyciła towarzysząca nam kamera. Miła pamiątka dla zainteresowanych.

[nggallery id=61]

Idziemy nad rzekę. Z perspektywy postawionego tu z pali tarasu widokowego to raczej płynne błoto, albo przynajmniej hektolitry kakaa. Taki urok azjatyckich rzek. Najwidoczniej słoniom to nie przeszkadza, bowiem z radością pobierają poranną kąpiel, pluskając się, jak niemowlaki w swojej wanience.

Kąpiel to rytuał, którym słonie rozpoczynają każdy dzień w Maetang. Najpierw powoli schodzą do wody z dość stromej skarpy, potem cierpliwie czekają, by siedzący im na karku mahut stanął na ich grzbiecie i dopiero wtedy kładą się na dnie, jak się okazuje, dość płytkiej rzeki. Gdy słoń chowa się pod wodę, stojący na nim mahut szoruje jego skórę najpierw na jednym, a po przekręceniu się, również na drugim boku. Po kilku minutach takiej kąpieli te azjatyckie olbrzymy wciąż nie mają dość. Ale praca czeka, więc zachęceni przez swych opiekunów powoli wychodzą na brzeg. Tam, z wykorzystaniem żwiru z dna rzeki mahuci myją jeszcze kły swych podopiecznych, a na koniec obmywają trąby.

Na taplające się w wodzie słonie igrające nieco z obserwującymi je turystami mógłbym patrzeć godzinami. Niestety czas nagli, bo zaraz na sąsiedniej polanie rozpocznie się pokaz siły i umiejętności słoni. Chcąc nie chcąc idziemy.

[nggallery id=62]

Jak się okazuje na słonie chce popatrzeć całkiem zacna grupa ludzi, bowiem trybuna mogąca pomieścić jakieś 300 osób wypełniona jest praktycznie w całości. Pracownicy obsługi starają się by każdy znalazł miejsce dla siebie pilnując też, by widzowie nie wstawali do robienia zdjęć, aby nie zasłaniać widoku innym. Mimo tego zdarzali się tacy, dla których ważniejsze było dobre ujęcie, niż komfort pozostałych widzów. Dlatego też polecam wybór jednego z wyższych rzędów.

W pokazie bierze udział 12 słoni obu płci i w różnym wieku. Z założenia chodzi o zaprezentowanie siły i umiejętności słoni oraz efekty ciężkiej pracy ich mahutów. Zanim jednak o tym, co zobaczyliśmy na pokazie słów kilka o samych mahutach.

Jak już zapewne się domyśliliście mahuci to nie kto inny, tylko opiekunowie, nauczyciele i przewodnicy słoni w jednej osobie. Swą pracę zaczynają w bardzo młodym wieku. Pod opiekę dostają małe słoniątko, które dorasta wraz ze swym opiekunem. Przez kolejne lata uczą je posłuszeństwa, pracy, czy chociażby różnych sztuczek, choć o tresurze – w złym znaczeniu tego słowa – mowy tu być nie może. Co istotne, słoń bardzo przywiązuje się do swego pana, dlatego nierzadko mahut całe swoje zawodowe życie spędza z jednym zwierzęciem.

Wbrew pozorom poznanie sztuki kierowania słoniem do łatwych nie należy. Przede wszystkim trzeba opanować lęk przed ogromem siły, jaki drzemie pod nogami mahuta. Po drugie do owocnej współpracy konieczny jest obustronny szacunek. No i wreszcie należy umiejętnie uciskać skórę słonia na karku i głowie, gdzie jest najcieńsza, by olbrzym wykonywał polecenia swojego opiekuna. Służy do tego drewniana laska zakończona żelaznym hakiem. Nikt tu nikogo nie bije, nie rani i nie kłuje. Współpraca mahuta i jego słonia to książkowy przykład przyjaźni, jaka może zawiązać się między zwierzęciem, a jego opiekunem. Coś, na co z przyjemnością się patrzy.

Zaczynamy show. Na mocno wydeptaną trawę wszedł korowód słoni. Szły gęsiego trzymając trąbą ogon swojego poprzednika. Na przedzie dwa największe słonie niosły w trąbach drewnianą belkę, na której zawieszona była tablica z namalowaną nazwą Maetang Elephant Park. Po rundzie honorowej największy z osobników, prawdopodobnie kierownik stada, podszedł do masztu, na który trąbą wciągną flagę z nazwą i herbem wioski.

Od tej chwili słonie podzieliły się na dwie grupy. Jedna podeszła do barierek, gdzie z rozwartymi paszczami z dumą prezentowała turystom swoje, nieco pożółkłe, uzębienie. Słonie z drugiej grupy rozpoczęły w tym czasie prezentację swych umiejętności. I tak jeden z nich strzelał karne. Co prawda na pustą bramkę, ale wszystkie strzały trafiły do celu. Inny siadał jak biały człowiek na ławce, a dwa największe prezentowały, w jaki sposób wykorzystuje się siłę słoni do wyrębu lasu, czy transportu drewna. Wszystkie sztuczki kwitowane były pięknym ukłonem w wykonaniu słonia i burzą oklasków z trybuny.

Kolejnym punktem programu była prezentacja tego, w jaki sposób słonie śpią, jak jedzą i jak pomagają swojemu mahutowi wdrapać się na swój kark oraz, co bez wątpienia wzbudziło największy aplauz publiczności, jak doskonale czują rytm…

[nggallery id=63]

Na koniec gwóźdź programu, czyli pokaz umiejętności malarskich. Na środku wybiegu stanęły dwie sztalugi z pustymi, śnieżnobiałymi kartkami formatu A1, lub nawet A0. Do sztalug podeszły dwa słonie oraz towarzyszący im mahuci, którzy podawali swym podopiecznym do trąby zamoczone w farbie pędzle. Możecie mi wierzyć, lub nie, ale w kilka minut na moich oczach dwa słonie namalowały dwa całkiem ładne obrazki. Sam bym tego lepiej nie zrobił, a musicie wiedzieć, że w liceum uczęszczałem do klasy kulturowej z rozszerzonym wychowaniem estetycznym (cokolwiek to znaczy), w programie której miałem 2 godziny lekcyjne historii sztuki tygodniowo oraz różne plenery literacko-malarskie. Namalowany obrazek można zakupić. W zależności od ilości chętnych (malowane są tylko dwa dziennie) za pośrednictwem licytacji, lub bez niej. Cena wywoławcza to 1.000 THB. Jeżeli będziecie zainteresowani, warto ten fakt zgłosić wcześniej pilotowi. Być może ułatwi to procedurę zakupu, bo później w pośpiechu i bałaganie różnie może być. Ja niestety, czego bardzo teraz żałuję, nie zdecydowałem się na zakup. Może jeszcze kiedyś nadarzy się taka okazja. Wiadomo, słoń na ścianie, czad… 😉

Pokaz trwa około 45 minut i okraszony jest anglojęzycznym komentarzem.

[nggallery id=64]

Tuż przed 11.00 nadszedł czas na wisienkę na torcie, czyli coś, po co tak naprawdę tu przyjechaliśmy – trekking na grzbiecie słonia po okolicznych lasach. Niestety nie jeździ się na oklep, a na specjalnych ławeczkach. Może niezbyt wygodnych i z pewnością nie tak komfortowych, jak by się tego chciało, ale za to bezpiecznych [w końcu siedzi się bez zapiętych pasów i to na wysokości 3-4 metrów] w szczególności dla osób starszych.

Z resztą nie tylko siedzisko, ale również system wsiadania na słonia został przemyślany tak, żeby ani wiek, ani waga, ani nawet kiepska sprawność fizyczna nie była dla turysty przeszkodą. Między wybiegiem dla słoni, a rzeką postawiono wysoką na 5 metrów ambonę, na którą wchodzi się po szerokich, stabilnych schodach. I dopiero z niej wsiada bezpośrednio na grzbiet zwierzęcia, by za chwilę w miarę wygodnie usiąść na ławeczce. Z uwagi na szerokość słoniowego grzbietu nie może być tu mowy o jakimkolwiek niebezpieczeństwie. Nawet krok, który trzeba postawić z ambony na słonia nie jest specjalnie długi.

Jeszcze zdanie o samym siedzisku. Jeśli jeździliście parami na wielbłądach, mniej więcej wiecie, czego należy się spodziewać. Z tą drobną różnicą, że słoń jest i większy i grubszy, a dzięki temu też bardziej stabilny. No i zdecydowanie mniej trzęsie. A jeśli między Tobą, a Twoją partnerką/partnerem jest tak duża różnica wagi jak między mną, a Agą, nikt nie będzie Wam wieszał worków, żeby wyrównać obciążenie. Takie 150 kg to dla słonia bułka z masłem…

Nadeszła nasza kolej. Najpierw Aga, zwinnie jak kozica, chwilę później ja, trochę bardziej pokracznie, ale usiedliśmy. Między nami usadowiłem kosz pełen smakołyków dla naszego rumaka. Ruszamy.

Trasa trekkingu wiedzie przez okolice wioski. Najpierw kilkaset metrów korytem, w górę rzeki. Nurt nie był bardzo silny, a pokonanie sięgającej do brzucha wody nie sprawiało słoniowi żadnego problemu. Później kawałek błotnistym brzegiem, aż wdrapaliśmy się w zarośnięte drzewami pagórki. Lasem przeszliśmy kolejnych kilkaset metrów, by wyjść na  polne drogi i nimi dotrzeć z powrotem do wioski. Cały spacer, w zależności od tempa, jakie narzuci słoniowi mahut trwa od 30, do 40 minut. Największe emocje wzbudza zejście po dość stromym klifie do rzeki. Później, z każdym kolejnym krokiem czuliśmy się pewniej.

Po drodze, co jakiś czas słoń sięga trąbą za głowę, domagając się jakiegoś smakołyka. Warto mieć coś ze sobą, bo podobno po którejś z kolei, zakończonej fiaskiem próbie wyłudzenia jakiegoś bananka słoń staje i nie chce dalej iść. Ale jeśli nie zaopatrzycie się wcześniej w koszyk, lub przynajmniej kiść bananów, nic straconego. Co jakiś czas mijamy kolejne ambony, w których za 20 THB panie sprzedają kiść bananów, lub pęczek trzciny cukrowej. To taka trochę próba wyłudzenia, ale uwierzcie mi, nie będziecie potrafili się powstrzymać. Nasze zapasy szybko się kończą, dlatego na jednym z takich postojów dokonujemy zakupu. Niestety, nasz słoń okazał się sprytniejszy i od nas i od sprzedawczyni, bowiem od razu, sam porwał całą kiść na raz. A niech ma. Zasłużył!

Po wyjściu z lasu prosimy mahuta o kilka zdjęć. Może niekoniecznie dobrze wykadrował, ale przynajmniej się starał. Po sesji zdjęciowej, resztę trasy pokonał siedząc słoniowi na… czole. Pisząc te słowa żałuję, że nie podjąłem próby negocjacji, by samemu zająć jego miejsce, ale wówczas bliższy był mi mój kręgosłup, niż doznania ekstremalne.

Stacja końcowa nie jest niestety przygotowana na przyjęcie dużej ilości słoni w jednym czasie. Podobnie jak z wejściem, zejście ze słonia wygląda tak samo. Niestety, o ile start poszedł dość sprawnie, tutaj zrobił się nie lada korek. Żeby zejść ze słonia, trzeba swoje odczekać, tym bardziej, że niektórzy mahuci nie pilnują kolejki. Ale kto by się tam denerwował tym, że musi  dłużej poobcować ze słonikiem… Wysiadając nie zapomnijcie o zwyczajowym napiwku! 😉

[nggallery id=65]

Jeśli czytają mnie dzieci, to taka gorąca prośba, żeby wyszły teraz na chwilę do swojego pokoju. Będzie puenta. Jeździłem w swoim życiu na: motorze, motorowerze, skuterze, skuterze wodnym, rowerze wodnym, rowerze, rolkach, hulajnodze, koniu, wielbłądzie i na mopie. Dziś również na słoniu. Słonie są najzajebistsze! Gdyby tylko można było trzymać je w domu, jak kota

Na koniec kilka zabawnych ciekawych faktów:

  • Dorosły słoń azjatycki osiąga nawet ponad 5 ton wagi.
  • Jest wegetarianinem-roślinożercą. Zjada około 250 kg dziennie. Przede wszystkim je trawę, liście, pędy bambusa i owoce. Uwielbia banany, jagody, arbuzy i trzcinę cukrową.
  • Słonie wypijają około 150 litrów wody dziennie.
  • Słoń trawi tylko około 50% tego, co zjada. Z reszty powstają piękne ramki na zdjęcia…
  • Wzrok nie jest ich najmocniejszą stroną. Widzą na odległość max 10 metrów. Za to mają doskonały słuch (nic dziwnego z takimi uszami…) oraz węch (z takim nosem…).
  • Trąba słonia osiąga do 2 metrów długości i 150 kg wagi. Nie ma w niej kości. Podtrzymuje ją około 100.000 mięśni. Służy za rękę, ale też doskonale wyczuwa np. temperaturę.
  • Jeden ząb trzonowy osiąga wagę nawet 6 kg.

Jest takie piękne powiedzenie: Zobaczyć Neapol i umrzeć. W Neapolu jeszcze nie byłem. Do śmierci mi nie śpieszno. Mimo to, czuję się jakiś taki spełniony…

Na tym niestety kończy się nasze dzisiejsze obcowanie z przedstawicielami jednego z największych współcześnie żyjących gatunków ssaków lądowych. Co prawda nie opuszczamy jeszcze Maetang – zmieniamy szyld i jedziemy dalej. Przesiadamy się na zupełnie inny środek lokomocji. Na ciągnięte przez woły bryczki.

Owe bryczki, a w zasadzie drewniane wozy z dwoma drewnianymi kołami, drewnianym parasolem i… drewnianą amortyzacją czekały na nas w miejscu zajezdni dla słoni. Woły leżały w cieniu cierpliwie wypatrując swojego kursu. Podobnie jak u słoni, próżno było szukać na ich śnieżnobiałych skórach zaschniętego błota, lub innej, równie brązowej substancji.

Wóz zabiera 4 osoby (w dwóch dwuosobowych rzędach) i woźnicę. Najpierw wsiada rząd tylni, ale lepsze widoki będziecie mieli z przodu. Przejażdżka trwa 10-15 minut, a jej meta jest w miejscu, w którym zaczynaliśmy swą przygodę w Maetang. Trasa wiedzie głównie polnymi drogami, wśród okolicznych zabudowań, rzek, czy kiełkującego ryżu. To już nie te same emocje, co jeszcze 30 minut temu, ale równie ciekawe doświadczenie.

[nggallery id=66]

Na parkingu, na którym czekamy, aby grupa znów się scaliła zauważamy wybieg, w którym stoi małe słoniątko z mamą. Nie trzeba nas było długo namawiać… 😉 Mały słonik, mimo, że ma na grzbiecie sporo włosków jest jeszcze bardziej szorstki w dotyku, niż jego starsi kuzyni. Zarówno on, jak i jego mama wydają się być mało zaniepokojeni faktem pojawienia się znikąd dziesiątek rąk klepiących go po głowie… To był ostatni słoń, którego dziś dotknęliśmy. Prawdopodobnie ostatni na długie lata. ;/

[nggallery id=67]

Przed nami ostatnim punkt naszej wizyty w wiosce Maetang. Zanim jednak dotarliśmy na przystań nad brzegiem rzeki, skąd ruszymy na bambusowych tratwach na godzinny spływ, zatrzymujemy się przy jednym z szałasów. Trwa tu produkcja papieru, z którego później tłoczone są ekologiczne ramki na zdjęcia. Taką linię produkcyjną widziałem już wiele razy, ale tym razem materiał wyjściowy był niecodzienny…

Jak już wspomniałem słoń zjada 250 kg zieleninki dziennie. Trawi z tego tylko około 50%, wydalając nawet 90 kg odchodów każdego dnia, w tym przede wszystkim nieprzetrawioną celulozę i inne włókna. Specjalna ekipa Maetang Elephant Park w zielonych kombinezonach kręci się przez cały dzień po terenie wioski zbierając to, co tu i ówdzie porozrzucają słonie, a następnie zwozi zgromadzony towar w miejsce, gdzie obecnie stoimy. Resztą zajmują się przemiłe, uśmiechnięte od ucha do ucha panie, które najpierw pobierają trochę surowca z nomen omen wielkiej, usypanej na 3 metry wysokości, zielonej kupy, a następnie pod bieżącą wodą wypłukują to, co nie potrzebne formując wielkie arkusze. W ostatniej fazie papier wystawiony jest na słońce aż do wyschnięcia. Później już z górki, czyli uformowanie ramki, nadruk nazwy parku oraz zapakowanie na sprzedaż. Jak to ładnie ujęła Sonia, taka gówniana, ekologiczna ramka kosztuje 80 THB.

[nggallery id=68]

Tak się zapatrzyliśmy na czerpanie papieru, że ostatecznie zajęliśmy miejsce dopiero w ostatniej czekającej na nas bambusowej tratwie. Zanim jednak wsiedliśmy na pokład, zostaliśmy ostrzeżeni werbalnie i wizualnie przed zabraniem ze sobą wszelkiej elektroniki i nadbagażu w formie niepotrzebnych toreb oraz plecaków. A wszystko ze względów bezpieczeństwa, bowiem, jak głosi krzykliwa tablica informacyjna, pracownicy parku nie odpowiadają za jakiekolwiek straty. Fanty można zostawić w autokarze. My twardo idziemy z całym dobytkiem.

Na tratwę związaną z około 15 drzew bambusowych, na których luzem postawione są trzy dwuosobowe ławeczki weszliśmy całą naszą szóstką. Powozi dwóch flisaków. Tak, jak i na spływie Dunajcem, jeden mówi, a drugi tylko się odpycha od dna. I to koniec podobieństwa.

Ponieważ znaczna część spływu odbędzie się w pełnym słońcu obsługa poleca mieć nakrycie głowy. Jeśli ktoś nie ma, wypożyczają gustowne kapelutki.

Napisać, że płynęliśmy środkiem dżungli byłoby nie lada przegięciem, ale malownicza trasa wiodła przeważnie pośród lasów i pagórków. Słońce rzeczywiście doskwierało, ale spokojny rejs był dla nas doskonały relaksem. Nurt rzeki nie był zbyt porywczy, choć momentami dało się wyczuć większe skupienie sternika i jego kompana.

Po kilku minutach nastąpił niczym niezapowiadany bunt na pokładzie, po czy sprawnie przejęliśmy stery. Najpierw tylko na sesję fotograficzną, ale później zachęceni przez flisaków sami próbowaliśmy odpychać tratwę od dna rzeki. Było i miło i śmiesznie, ale na życie nie chciałbym tak zarabiać…

Po drodze oprócz pięknych krajobrazów mijaliśmy m.in. klinikę dla zwierząt, wioski górskich plemion, mobilne punkty z piwkiem i przekąskami oraz oczywiście kilka spacerujących słoni. Kapitan tratwy łamiącą angielszczyzną próbował nas zagadywać przemycając po drodze kilka ciekawostek o słoniach, okolicy, swojej pracy i życiu prywatnym.

Zanim się obejrzeliśmy nasz spływ dobiegł końca. Nie było ani mokro, ani niebezpiecznie. Z powodzeniem możecie brać na pokład swoje aparaty, nawet te najbardziej zaawansowane.

[nggallery id=69]

Po spływie weszliśmy do autokaru, który czekał już tylko na nas i udaliśmy się z powrotem do Maetang, gdzie zjedliśmy obiad. Podczas posiłku niespodziewanie zaczepił nas pan sprzedający zdjęcia. Okazało się, że w czasie trwania trekkingu na jednym z drzew, albo na jednej z ambon ukryty był fotograf. Ładne zdjęcie w ładnej, gównianej ramce. Cena 150 THB. Niestety nie udało się nic utargować.

Tak kończy się nasza wizyta w wiosce słoni. Najdroższa (1.500 THB), ale najwspanialsza wycieczka fakultatywna podczas całej wycieczki po Tajlandii. Puściliśmy tu mnóstwo kasy [przekąski dla słoni; napiwki dla: mahuta, woźnicy, flisaków; zdjęcie; napoje do obiadu], ale wspomnienia zostaną na całe życie! Nie wykupując tego fakultetu stracicie pół dnia. Serio.

Ogród orchidei

W drodze z Maetang do ogrodu orchidei o swoim istnieniu przypomniał Pan Kamerzysta. O ile jeszcze na początku dało się zauważyć jego obecność, później jakby zniknął. Na monitorach wyświetlił nam film, który dziś nagrał. Okazało się, że jednak nie zniknął, a tylko dobrze się kamuflował. Nagrał kilka naprawdę fajnych ujęć, w szczególności osób zainteresowanych kupnem dvd, np. wspominana już kradzież kapelusza. O dziwo również i my kilka razy się zobaczyliśmy.

[nggallery id=70]

Sai Nam Phung to ogród orchidei i farma motyli w jednym. Nawet jeśli ktoś nie przepada za kwiatami jak ja, nawet jeśli ktoś boi się wszelkich stworzeń latających jak Agnieszka, nawet jeśli ktoś jest daltonistą, czy alergikiem, z pewnością nie wyjdzie stąd ani zawiedziony, ani znudzony.

Ogród podzielony jest na trzy strefy: tę z roślinnością i motylami, tę ze storczykami-orchideami oraz sklep z pamiątkami i  napojami. W wejściu każdy otrzymuje przypinkę z żywym kwiatem orchidei. Żadne słowa nie oddadzą tego, co zdjęcia, dlatego ograniczę się tylko do oczywistego stwierdzenia, że jest tam dość wilgotno i ciepło. Ale 20-minutową saunę w ciuchach z nawiązką rekompensują widoki: setki kwiatów i dziesiątki kolorów.

[nggallery id=71]

Wśród dostępnych pamiątek kupić można wszelkie przetwory z kwiatów orchidei, w tym również te spożywcze i kosmetyczne. Największym zainteresowaniem cieszyła się jednak przede wszystkim złota i srebrna biżuteria, a wśród niej broszki, kolczyki i przywieszki z zatopionymi w żywicy kwiatami. Ceny zaczynają się od 200 THB.

Góra Doi Suthep i Świątynia Wat Phrathat

Wracając w stronę Chiang Mai wysadzamy po drodze ekipę telewizyjną, a sami kierujemy się na zachód. W odległości 15 km od miasta znajduje się najwyższa góra prowincji Chiang Mai o dwóch granitowych szczytach: Doi Suthep (1.676 m) oraz nieco wyższym Doi Pui (1.685 m). Góra jest częścią  Parku Narodowego Doi Suthep-Pui, a na jej szczyty prowadzi kręta jak alpejskie serpentyny droga, po której jak mrówki na drzewo wspina się dziesiątki rowerzystów. W mgnieniu oka wyobraziłem sobie, jak w palącym słońcu walczę z morderczym podjazdem Col du Tourmalet

Po drodze mijamy m.in. ZOO, w którym można zobaczyć np. pandy wielkie. Były one darem jednego z chińskich ogrodów zoologicznych. Podobno, gdy narodził się tu biało-czarny niedźwiadek, w mieście świętowano huczniej, niż nadejście nowego roku.

Na szczycie Doi Suthep znajduje się świątynia Wat Phrathat. Została ona wzniesiona w miejscu, gdzie według legendy w XIV wieku miał paść biały słoń, wysłany w góry przez Króla Nu Naone wraz z zawieszoną pod szyją relikwią Buddy (kość z lewej nogi). Przed śmiercią zwierzę trzykrotnie zatrąbiło, co zinterpretowano jako znak i postanowiono wybudować świątynię.

Z uwagi na położenie Wat Phrathat oczywistym jest, że Mr. Bond nie da rady podjechać pod bramę wejściową. Inna sprawa, że infrastruktura nawet nie daje takich możliwości. Zatrzymuje więc autokar na ulicy pomiędzy dziesiątkami wózków gastronomicznych i straganów z pamiątkami. Dalszą drogę musimy pokonać pieszo. Na szczyt prowadzi 306 (niektóre źródła podają, że 309) wspaniale zdobionych schodów, z poręczami będącymi wyobrażeniem olbrzymiego, mitycznego węża Naga, wijącego się po zboczu wzgórza. Taka azjatycka wersja jaszczurek z barcelońskiego Parku Güell. Piękny widok.

Dla leniuszków i osób starszych / schorowanych / zmęczonych alternatywą dla schodów jest winda. Nie wiem, czy równie piękna, ale z pewnością płatna. Bilet w jedną stronę kosztuje 30 THB, a w obie 50 THB. Płacą tylko obcokrajowcy, bowiem Tajowie mogą z niej korzystać za darmo.

Pokonanie schodów, mimo wyczerpania bogatym w emocje i słońce dniem nie było ani męczące, ani czasochłonne. Po drodze urządzamy sobie małą sesję zdjęciową pamiętając jednakowoż o fakcie, że znajdujemy się w miejscu świętym dla buddystów.

Po przekroczeniu bramy od razu czuć atmosferę ważnego miejsca. Ze wszystkich stron emanuje skupienie. Potęgują je kolory i architektura. W centralnym punkcie stoi wielka chedi, w której znajduje się relikwia Buddy. Jest to jedno z najświętszych miejsc w całej Tajlandii, co widać na pierwszy rzut oka. Wokół niej, na marmurowej posadzce stoją cztery ażurowe parasole symbolizujące hołd rodziny królewskiej, a także wiele posągów z wyobrażeniami Buddy, czy pomniejsze kapliczki.

W jednej z nich, w której znajduje się kopia Szmaragdowego Buddy spotkaliśmy Pui. Zachęcił nas do uczestnictwa w błogosławieństwie Mnicha obdarowującego pielgrzymów poświęconymi przez siebie, białymi sznureczkami. Na prawym ręku mężczyzny wiązał sznurek z supełkiem, kobietom zaś wręczał sznurek gładki. Wręczał, nie wiązał, bowiem Mnich kobiety dotknąć nie może. Sznureczek zachowany na nadgarstku przynajmniej przez 10 dni ma przynieść wszelką pomyślność. Pożyjemy, zobaczymy…

Jedna ze starszych pań z naszej grupy odmawia wzięcia udziału w błogosławieństwie uważając, że złamałaby w ten sposób drugie przykazanie Dekalogu. Być może tak. Dla mnie, średnio praktykującego katolika buddyzm jest bardziej filozofią życia. Sznureczek przyjąłem, choć wiary zmieniać nie planuję.

Jak zwykle w miejscach sakralnych można również oddać cześć wizerunkowi Buddy odpowiadającemu dniu tygodnia, w którym się narodziliśmy. Po zwiedzeniu pozostałych komnat kompleksu udajemy się do ogrodów i na taras widokowy, z którego rozciąga się piękny widok na Chiang Mai. Brakuje tylko zachodzącego słońca…

Na dół wracamy tą samą drogą, czyli znów ponad 300 stopni. Niby łatwiej, ale w takich sytuacjach zawsze przypominam sobie moją wędrówkę po Wąwozie Samaria na Krecie. Ponad 13 km marszu po kamienistym podłożu, z czego jakieś 98% trasy prowadziło w dół. W pewnym momencie zacząłem tęsknie wyglądać za zakrętem jakiegoś wzniesienia… 😉 Tu na szczęście droga była krótsza. Sporo krótsza.

Ponieważ do umówionego czasu zbiórki mamy dobry kwadrans, postanowiliśmy wykorzystać go na zakupy. Jeszcze na Pływającym Targu obiecałem Agnieszce pewną maskę. Tam kosztowała 450 THB. Tutaj, po bardzo sympatycznych negocjacjach zapłaciłem ostatecznie 120 THB. Za identyczną!

[nggallery id=72]

Nocny bazar #2

Wracamy do Chiang Mai. Zbliża się godzina 18.00, a więc powoli zaczyna zapadać zmrok. Niestety znów wpadamy w korek, przez co część grupy, w tym oczywiście i ja ucina sobie lokomocyjną drzemkę. Do hotelu docieramy po około 45 minutach jazdy.

Dzisiejszy wieczór, jak praktycznie każdy podczas tej wycieczki, mamy wolny. Postanawiamy wykorzystać go na zaplanowane jeszcze wczoraj zakupy. Szybki prysznic, zmiana garderoby i już po 30 minutach jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Trudów dnia nie wytrzymują jednak Sonia z Rafałem, którzy postanawiają nieco zwolnić tempo i chwilę się zdrzemnąć. Licząc na farta jak w dniu wczorajszym umawiamy się na spotkanie na mieście w bliżej nieokreślonym miejscu i czasie. Ruszamy zatem we czwórkę.

Od naszego hotelu do rozstawionego na ulicach miasta bazaru jest jakieś 10 minut spacerkiem. Szybko się jednak okazuje, że mamy różne priorytety zakupowe, które ciężko realizować w tłumie gapiów i sprzedawców. Postanawiamy nie wstrzymywać się wzajemnie kontynuując zakupy w dwuosobowych podgrupach. Dla nas priorytetem było kupno walizki, bowiem ściągane praktycznie z każdego postoju pamiątki przestały się nam mieścić nie tylko do bagażu, ale również na autokarowej półce.

Ceny małych, solidnie wyglądających walizeczek, które z powodzeniem można by było zabrać ze sobą na pokład samolotu jako bagaż podręczny, a później w przyszłości jeszcze kilka razy wykorzystać zaczynają się jednak od 1.600 THB. To stanowczo przewyższało nasz budżet przeznaczony na ten zakup (choć jak na polskie warunki ceny dość atrakcyjne). Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wzmocnioną torbę z kółeczkami i wyciąganą rączką, a więc walizka i torba w jednym. Jest dość spora, ale sprzedawca zapewnia, że szyta na miarę luku bagażowego. Z 1.100 THB utargowaliśmy na 700 THB. Oprócz torby kupujemy jeszcze souveniry: zamówione przyprawy oraz 3 lampki, w tym jedna dla nas. Mamy taki fetysz, że z każdej wycieczki objazdowej przywozimy sobie lampkę. Bogaty i głupi robi co chce.

Agnieszka, która od początku pobytu w Tajlandii szuka dla siebie jakiejś torebki ostatecznie nie decyduje się na nic. Tekstylia mają tu mocno chińskie. Podobnie jak elektronikę (np. Beats Solo HD, czy zegarki wszystkich marek). Nawet bielizna jakaś taka plastikowa…

Po udanych zakupach idziemy na kolację. Mimo dość pokaźnego wyboru knajpek siadamy tam, gdzie wczoraj. Po drodze, możecie mi wierzyć, lub nie, spotykamy się ze spacerującą Sonią z Rafałem, którzy również wybrali się na kolację. Menu podobne do wczorajszego, choć nie tak rozbudowane. Dziś wzbogacone jedynie sałatką z niebieskim krabem.

Po posiłku znów się rozdzielamy. My łapiemy tuk-tuka i za 50 THB wracamy do hotelu. Sonia z Rafałem ruszają w wir zakupów.

Przed samym hotelem spotykamy wracających z 7Eleven Karolinę z Mariuszem targających siatkę z Hong Thongiem i colą. Gdyby nie nałóg Agnieszki, który zatrzymał nas na kilka minut przed głównym wejściem, pewnie byśmy się nie spotkali. No cuda jakieś. W to już mi z pewnością nie uwierzycie, ale siedząc tak w hotelowym lobby, wymieniając wrażenia z mijającego dnia i zwilżając co chwilę usta doczekaliśmy się powrotu Sonii i Rafała… Ale luta!

Jutrzejsze przedpołudnie mamy wolne, nic więc dziwnego, że wybijający północ zegar specjalnie nikogo nie zmartwił. Najwcześniej, bo około 08.30 będę musiał wstać ja. Po co? O tym przeczytacie w relacji z dnia jutrzejszego. Pozostali mają czas na błogie lenistwo. Zbiórka przed hotelem dopiero o 14.00. Część objazdowa praktycznie za nami. ;/

[nggallery id=73]

Dzisiejsza trasa

A – Lanna Palace Hotel; B – Maetang Elephant Park; C – Ogród orchidei; D – Wat Phrathat Doi Suthep

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search