Dzień 6: Birma i Laos na nielegalu oraz górskie plemiona

To była najdłuższa noc z dotychczas spędzonych w Tajlandii. A przynajmniej według mojego organizmu, bo w rzeczywistości trwała niecałe 6 godzin – zaczęła się grubo po północy, a skończyła o 6.30. Mimo, iż wczorajszy dzień zakończyliśmy w pełnym, sześcioosobowym składzie w naszej sypialni, dopijając to, co ostało się w lodówce na później, mimo, że w nocy obudził nas hałas biegających po drewnianym suficie sypialni jaszczurek, czy innej lokalnej zwierzyny, mimo, iż temperatura za oknem sięgała niecałych 20°C, co było najchłodniejszym porankiem od czasu opuszczenia Polski wstałem, jak nowo narodzony. Pełni nowych sił z ochotą ruszyliśmy na obfite jak zawsze śniadanie. Dziś przed nami długo oczekiwana wizyta w wiosce górskich plemion. Najważniejszy punkt wycieczki dla Agnieszki. I najbardziej zagrożony – wiele dziś zależy od szczęścia, bo według katalogu wcale nie jest powiedziane, że trafimy na tzw. Długie Szyje. Nie mniej zależy też od sytuacji politycznej na linii Tajlandia – Birma. Są emocje!

Ponieważ w Golden Pine Resort spędzimy dwie noce, nie widać zwyczajowego krzątania się i nerwowości. Nikt nie biega, niczego nie szuka. Spokój. Cisza. Wręcz sielanka. Na wszystko jest czas. Na kawkę, na papierosa, wreszcie na spokojny spacer po ośrodku. A przespacerować się warto, bo cały kompleks, zatopiony w zieleni, to czysta idylla dla naszych mieszczańskich głów. Kilka głębokich oddechów rześkim, północnym powietrzem i ruszamy w trasę.

[nggallery id=40]

Wizyta w Birmie

Dzisiejszy dzień wyjątkowo zaczynamy wycieczką fakultatywną. I to zaczynamy z wysokiego C. Uprzedzając nieco fakty, wyprawa do Birmy, a w zasadzie do Myanmar potrwa niecałe 3 godziny. Mimo ceny (1.400 THB od osoby) wykupili ją wszyscy i słusznie. Bo ktoś, kto nie skorzysta z możliwości odwiedzenia tego zarządzanego przez juntę wojskową kraju będzie, według mojej skromnej opinii nie tylko żałował, ale również musiał spędzić około 4 godzin na przygranicznym bazarze. Ewidentna strata czasu.

Wracając do chronologii. Podróż z ośrodka położonego pod Chiang Rai do przygranicznego miasteczka Mae Sai trwała około półtorej godziny, choć to niewiele ponad 50 km. Korki? Nie, nie tym razem. Dziś jest 4 dzień grudnia. Dla nas, Polaków, dzień, jak co dzień. Ale dla Tajów wigilia wielkiego święta – 85 urodzin Króla Ramy IX – Bhumibola Adulyadeja. Choć to dopiero jutro, już dziś rozpoczęły się uroczystości rocznicowe – na całej szerokości czteropasmowej (!) drogi od granicy tajsko-birmańskiej szła długa na 2 kilometry parada składająca się z przedstawicieli ASEAN-u (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej, w skład którego wchodzą: Filipiny, Indonezja, Malezja, Singapur, Tajlandia, Brunei, Wietnam, Laos, Birma oraz Kambodża), takiej azjatyckiej mini Unii Europejskiej.

[nggallery id=41]

Jak już wspomniałem i co zapewne wiecie, Birma jest krajem rządzonym przez wojskową juntę. Od samego początku nasza wizyta w tym kraju wisiała więc na włosku i zależna była od widzi mi się jakiegoś generała, który akurat tego dnia mógł wstać lewą (lub prawą, jeśli jest lewonożny) nogą i stwierdzić, że czas zaostrzyć stosunki z południowo-wschodnim sąsiadem, jakim dla Republiki Związku Mjanmy jest Tajlandia.

Zanim jednak o naszej przygranicznej lewiźnie napiszę, czas na słowo wyjaśnienia. Ledwie w kilku zdaniach wspomniałem o Birmie, a użyłem co najmniej trzech różnych nazw tego kraju. O co chodzi? W sukurs przychodzi niezawodna Wikipedia:

Mjanma albo Birma (także: Myanmar, Mianma, Republika Związku Mjanmy) – państwo położone w Azji Południowo-Wschodniej nad Zatoką Bengalską i Morzem Andamańskim. Junta wojskowa w 1989 przyjęła angielski zapis nazwy kraju Myanmar (Union of Myanmar) zamiast dotychczasowej formy Burma (Union of Burma), przy czym zmianie nie uległa nazwa birmańska Myanma. Ponieważ zmiana nazwy angielskiej nie została zaaprobowana przez żaden organ ustawodawczy Birmy, nowa forma nie jest uznawana przez część krajów. Zaakceptowała ją jednak ONZ. W Polsce Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych od 2002 zalecała używanie tradycyjnej nazwy Birma (Związek Birmański), z zastrzeżeniem, że w tekstach oficjalnych powinno się używać nazwy Związek Myanmar, przyjętej przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. W 2011 roku, po zmianie przez władze birmańskie długiej nazwy państwa, Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych ustaliła, po uzyskaniu akceptacji Komisji Ortograficzno-Onomastycznej Rady Języka Polskiego, nową nazwę w postaci Republika Związku Mjanmy. W tym samym czasie MSZ zaniechał stosowania nazwy Związek Myanmar przyjmując w zamian formę Republika Związku Mianma, przy jednoczesnym stosowaniu jako nazwy krótkiej podwójnej formy Birma/Związek Mianma. Niemniej stanowisko MSZ nie do końca jest jasno sprecyzowane, gdyż równolegle stosowany jest także zapis Birma/Myanmar i Republika Związku Myanmar, dawny zapis Myanmar i Związek Myanmar oraz zapis Mjanma i Republika Związku Mjanmy. W 2012 roku Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych ustaliła krótką nazwę państwa Mjanma z zastrzeżeniem, że nazwą wariantową pozostaje Birma. Urząd Publikacji Unii Europejskiej zaleca natomiast stosowanie po polsku w tekstach unijnych podwójnej formy Birma/Myanmar, bez stosowania jakiejkolwiek nazwy długiej, pomimo to nazwy zalecane przez Komisję Standaryzacji Nazw Geograficznych zaczął stosować Parlament Europejski.

Uff. Bardziej to skomplikowane, niż całkowanie w przestrzeniach funkcyjnych. Załóżmy, dla ułatwienia, że naszym celem jest jednak Birma.

Parkujemy więc na przygranicznym parkingu i jak gdyby nigdy nic udajemy się prosto do przejścia granicznego. Oficjalnego przejścia granicznego. I to pomimo tego, że granicę przekroczymy na tzw. nielegalu, bez pokazywania paszportów, wbijania wiz i przechodzenia wszelkich kontroli bezpieczeństwa (brak czasu na ścieżkę oficjalną). Celnicy, którzy od Pui dostali pod stołem pokaźny plik banknotów udają, że w TV leci właśnie ważne orędzie do narodu. My w tym czasie, gęsiego, równym krokiem udaliśmy się na birmańską stronę mostu ponad graniczną rzeczką Sai. Cyrk na kółkach. Towarzyszyły temu mniejsze emocje, niż przekroczenie jedną nogą zielonej granicy polsko-słowackiej na szkolnej wycieczce w Tatry.

Generalnie celnicy kręcą tu niezłe lody. Wszyscy obcokrajowcy przebywający w Tajlandii, którym kończy się wiza pobytowa, załatwiają jej przedłużenie poprzez opuszczenie i ponowny wjazd na teren Tajlandii właśnie na przejściu granicznym w Mae Sai. Oficjalnie wiza wjazdowa do Birmy jest darmowa. Wyjazdowa kosztuje 500 THB.

Tak więc jesteśmy w Tachileik, birmańskim, przygranicznym miasteczku. Podobno jednym z bogatszych w tym kraju, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Okolice będziemy zwiedzać na motorikszach, które podobnie jak te tradycyjne w Phitsanulok, już na nas czekały. Jedna motoriksza zabiera 2 osoby, więc nasz konwój składający się z ponad 20 pojazdów własnej roboty wzbudzał niemałe zainteresowane lokalnych mieszkańców.

Krótki przejazd po okolicy i pierwszy postój. Może to i lepiej, że jazda nie była nad wyraz długa, bo kierowcy są dość narwani. Jeżdżą szybko i agresywnie. Na zakrętach radzę się trzymać, żeby nie wypaść, bo nikt może tego nie zauważyć…

Pierwszym punktem w naszym planie zwiedzania była jedna ze współczesnych świątyń. Jak już wielokrotnie wspominałem, sformułowanie azjatycki kicz należałoby uznać za oksymoron. Dla nich to bardziej sztuka. No nic. O gustach i kolorach się nie dyskutuje.

Zanim jednak do owej świątyni dotarliśmy, podobnie jak w Ayutthayi, musieliśmy przebrnąć przez lokalny bazar. Tutaj również spacerowi towarzyszyła feeria zapachów. Tym razem sprzyjająca była jednak temperatura, bo sięgała zaledwie 25°C. Dodatkowo, zamiast wędzonych i suszonych produktów, przeważały świeże ryby, mięso i warzywa.

Kolejny przystanek, to kolejna świątynia. Tym razem już bardziej tradycyjna, z malowidłami przedstawiającymi życie Buddy. Stoi przed nią Biały Słoń, największa świętość dla Tajów. Przejście pod jego trąbą przynosić ma wiele szczęścia i dobrobytu. Niestety, nie będą mi pisane, bowiem zmieszczą się tam nieliczne jednostki (mam jednak nadzieję uszczknąć nieco z tego szczęścia, które spotkać ma Agnieszkę).

Po krótkiej lekcji historii udajemy się na danie główne, czyli wizytę w Shwedagon Pagoda. Jest to położona na wzgórzu, olbrzymia złota stupa. Wokół niej znajduje się siedem figur odpowiadających dniom tygodnia. Za 20 THB można kupić sobie ukrytego w małej, wiklinowej klatce wróbelka i poddając się pewnemu rytuałowi, wypuścić go na wolność. Mam wrażenie, że wszędzie tam, gdzie pojawiają się turyści, górnolotnie nazywani przez miejscowych pielgrzymami, pojawiają się również coraz to zmyślniejsze metody wyciągania od nich banknotów. Lokalni idą na rękę i przyjmują tajskie bahty. Nie trzeba szukać kantoru. 😉

Ja się nie zdecydowałem. Nie jestem przesądny. Agnieszka również. Prawdę mówiąc wcale na teren świątyni nie weszła. Być może była przerażona czystością okolicy oraz, co oczywiste, koniecznością zdjęcia butów przed wejściem, a być może wciąż biło jej mocniej serce? Podczas wjazdu pod dość stromą górę, wysłużone riksze były niemiłosiernie piłowane przez szoferów. Nasza miała zdecydowanie trudniej z racji mojej delikatnej nadwagi. Dała radę, ale w pewnym momencie dostała taką dawkę mocy, że stanęła na tylnych kołach. Przyznam szczerze, że nawet mi się cieplej zrobiło przez moment. Chęć poznawania zwyciężyła jednak nad emocjami i na teren złotej padogi wszedłem.

Rytuałowi gloryfikacji dnia narodzin poddaje się m.in. Karolina. Przede wszystkim należy odnaleźć odpowiednią figurę, symbolizującą właściwy dzień tygodnia. Mimo dostępnych, książkowych kalendarzy z których łatwo odszukać odpowiedni dzień, w jej przypadku nie było to takie proste… 😉 Następnie trzykrotnie polewa się głowę figury wodą, zapala świeczkę, uderza w dzwon i wypuszcza ptaszka. Łatwe, prawda? Niestety ten wróbelek Karoliny nie spieszył się na wolność. Ale koniec końców się udało.

Dwa ostatnie punkty to wizyta w wiosce jednego z przygranicznych plemion, takiej cichej enklawie w głośnym miasteczku. Kilka domków na palach. I największa atrakcja, czyli możliwość zakupu ręcznie robionych saszetek. Trzy sztuki za 100 THB to uczciwa cena. Na koniec czas wolny na lokalnym bazarze. Można tu kupić wszystko. Niestety lwia część dostępnego asortymentu, to podróbki z oddalonych o zaledwie 250 km Chin. Nie rzucajcie się więc na tanie alkohole, elektronikę, papierosy, czy chociażby… viagrę. Czasem jednak cena jest tak atrakcyjna, że ciężko jest się powstrzymać. I tak oto stałem się posiadaczem wspaniałego modelu okularów Ray-Ban [którego próżno szukać w najnowszym katalogu] za ciężko wynegocjowane 50 THB [+gratis etui na moje okulary korekcyjne – ma się ten dar targowania…]. Zaopatrujemy się tu również grupowo w żółte koszulki marki Lacoste. Ale ciii… To niespodzianka na jutro.

Przed wizytą na bazarze rozstajemy się już na dobre z naszymi szoferami. Nie wiem, jak inni, ale ja nie zapomniałem o stosownym napiwku. Można? Można!

W drodze powrotnej do Tajlandii zauważam na moście coś, co umknęło mi podczas całego pobytu w Birmie. Mają tam ruch prawostronny. W Tajlandii lewostronny. Most oprócz przeprawy ponad graniczną rzeką służy więc też do tzw. mijanki.

Gdy przechodzimy przez granicę, celnicy znów oglądają coś w telewizji. Tym razem jednak dyskretnie liczą wychodzących. Nie, żeby tam od razu martwić się o nielegalne pozostanie na ich terenie któregoś z turystów. Chcą mieć pewność, że ich tajscy koledzy odpalą im odpowiedniej wielkości działkę…

[nggallery id=42]

Bazar w Mae Sai

Po powrocie na tajską ziemię mamy jeszcze godzinę czasu wolnego. W miasteczku Mae Sai wiele atrakcji nie ma. Trochę straganów z pamiątkami, kilka sklepików z ciuchami. Nic specjalnego. Ktoś, kto miałby spędzić tu pół dnia musiałby czuć złość. Pocztą pantoflową dochodzi do nas informacja o niezłej kawie mrożonej gdzieś na górnym poziomie. Łatwo nie było, ale wreszcie udaje nam się odszukać jedyny lokal gastronomiczny w okolicy, po drodze trafiając na taras widokowy na dachu jednego z budynków.

Nie chcąc tracić czasu na bezsensowne siedzenie w lokalu poprosiłem o kawę na wynos. Jakież było moje zdziwienie, gdy słodką jak diabli kawę z kilkoma kostkami lodu dostałem w… reklamówce. Oczywiście wraz ze słomką. Udając, że to dla mnie normalne, zapłaciłem 30 THB i z godnością wypiłem do dna.

[nggallery id=43]

W drodze do Złotego Trójkąta i Laosu zatrzymujemy się w przydrożnej knajpie na obiad. Jak zapewne wiecie, program części objazdowej obejmuje dwa posiłki dziennie. Jednakże każdego dnia wraz z wykupioną wycieczką fakultatywną otrzymywało się trzeci posiłek. Dzisiejszy fakultet, czyli wizyta w Birmie takowego nie oferował. Chętni na obiad musieli więc zapłacić 350 THB extra. Posiłek – zarówno wybór, jak i smak – jak zwykle na wysokim poziomie.

[nggallery id=44]

Złoty Trójkąt i wizyta w Laosie

Każdy kraj ma swój Złoty Trójkąt. Polska ma ich nawet sześć. Ale nigdzie nie wywołuje on takiej atmosfery tajemnicy i dreszczu podniecenia jak północ Tajlandii zamknięta granicami z Laosem i Birmą. Gdyby trójkąt miał przekątne, punktem ich przecięcia byłoby miasteczko Sop Ruak, absolutne centrum rozciągającego się na setki kilometrów obszaru zwanego Złotym Trójkątem, przez wiele lat uznawanego za światowe centrum handlu opium i heroiną. Spotykają się tu granice Tajlandii, Birmy i Laosu. Na pograniczach Birmy i Laosu lokalni rolnicy wciąż uprawiają niewielkie ilości maku, biorąc udział w nielegalnej produkcji opium. W Tajlandii narkotyki stały się towarem niezwykle tępionym, co nie znaczy niestety, że w całości zniknęły z rynku.

Rozwój turystyki, a przede wszystkim stosunkowo niewielka odległość Chin od tego miejsca w znacznym stopniu przyczyniły się do zniszczenia panującej tu jeszcze niedawno magicznej atmosfery. Dziś po drugiej stronie rzeki Mekong budowane są luksusowe hotele i kasyna nastawione na wizyty bogatych, chińskich graczy.

W Sop Ruak wsiadamy na łódź, którą najpierw płyniemy kawałek w górę, a następnie kawałek w dół rzeki Mekong, po czym przybijamy do brzegu Laosu, a w zasadzie wyspy Donsao. Nikt nas nie legitymuje. Nikt nawet zbytnio nie interesuje się przybijającą do brzegu łodzią. Bo niby po co? Turyści przyjechali, turyści odjadą. Czego tu więcej chcieć? Kilka fotek, kilka wydanych na wszechobecnych straganach bathów, kilka kieliszków wystawionej do degustacji wódki z cobrą. Ot, kolejne na liście zaliczonych państw. Zaliczone, bo o zwiedzaniu nie ma tu mowy.

[nggallery id=45]

Wracamy na tajski brzeg. Część grupy idzie z Martą na szczyt pobliskiej góry, skąd rozciąga się podobno piękny widok na okolicę. Ja z Agnieszką i kilkoma innymi osobami zostajemy na dole. Niektórzy w poszukiwaniu kantoru, inni w poszukiwaniu chwili odpoczynku. My chcemy zobaczyć wybudowaną nad brzegiem rzeki świątynię w kształcie statku.

[nggallery id=46]

Zanim nastąpił gwóźdź programu, a więc zanim dotarliśmy w miejsce, gdzie koczują górskie plemiona, które na tajską ziemię przywędrowały z Birmy, Pui udaje się wreszcie spełnić naszą zachciankę. Po wielu godzinach wypatrywania, po przejechaniu setek kilometrów spotykamy na swej drodze pracujących na polu ryżowym Tajów. Sukces jest jednak połowiczny, bowiem trwa ostatnia faza zbioru, najmniej spektakularna. Ale dobre i to.

[nggallery id=47]

Plemiona górskie

Tajlandia nie jest krajem górzystym. Prawdziwe góry zaczynają się w zasadzie dopiera za granicą z Birmą. Ponieważ nie ma gór, nigdy nie było też chao khao, czyli naszych pospolitych górali. Mimo wszystko północ kraju zamieszkuje około 10 plemion liczących nawet ponad 500.000 ludzi gór. Zeszli tu z wyższych partii po birmańskiej stronie, w poszukiwaniu pożywienia, spokoju i bezpieczeństwa. Nie stanowią jednolitej grupy. Mówią różnymi językami. Mają inne religie. Inne stroje, tradycje, a nawet style architektoniczne.

Osiedlili się w niezamieszkałych przez Tajów północnych rejonach kraju. Prowadzą koczowniczy tryb życia. Utrzymują się z rolnictwa i w zdecydowanej większości nie nawiązują żadnych kontaktów ze światem zewnętrznym.

Tajski rząd gwarantuje im autonomię i opiekę, tworząc m.in. różne rezerwaty. W zamian wymaga jednak, by niektóre miejsca były otwarte dla turystów. Wizyta w górskich wioskach i pobyt u koczowniczych plemion to dla wielu gości Tajlandii, w tym m.in. dla Agi jeden z głównych powodów wizyty na północy kraju.

Do jednego z takich rezerwatów docieramy przed godziną 17.00. Wbrew pozorom ma to dość duże znaczenie, bowiem w pewnym momencie, gdy zapada zmierzch, przebywające w wioskach kobiety zaczynają się zwijać, gdyż muszą przygotować domostwa na powrót z pola zmęczonych mężów. Na szczęście nie byliśmy za późno. Po drodze widzimy pasące się na polach woły. Ale mężczyzn, którzy mieli ich pilnować nie widać. Może drzemią gdzieś w zbożu… 😉

Brama wejściowa do rezerwatu zawiera informację, jakie plemiona można tu spotkać. Powinno być ich sześć: Akha, Yao, Padong, Karen i Palong. W rzeczywistości w rezerwacie przebywają trzy. Zanim zeszliśmy w dół, powitała nas leżąca na stole czaszka słonia. Ku przestrodze? 😉 Dalej kilka zdjęć i informacji o prawdziwych gwiazdach, czyli wyglądanych przez nas Długich Szyjach. Można przymierzyć się do noszonych przez nich na szyjach obręczy oraz organoleptycznie przekonać się, ile te miedziane druty ważą. Wszystko wskazuje na to, że nasze modlitwy zostały wysłuchane. Przed wylotem  obejrzeliśmy chyba wszystkie filmy dokumentalne o tym plemieniu. Najwyższy czas ich poznać! Idziemy!

Rezerwat zatopiony jest pośród soczystej zieleni, na terenie dość pagórkowatym. Aby się dostać do zamieszkujących tu plemion, należy zejść kilkadziesiąt metrów w dół. Ścieżka stroma nie jest, ale kamieniste podłoże może nie być dla wszystkich wygodne.

Już pierwsze zabudowania – bambusowe chałupki pokryte strzechą – skrywały to, czego oczekiwaliśmy. Na werandach, dziergając jakieś tkaniny siedziały kobiety z plemienia Padong. Bardziej niż z produkcji tkanin, znane są ze swoich szyj, wokół których mają oplecione miedziane obręcze ważące nawet 5 kg. Przez całe życie zgniatają im one obojczyki i deformują żebra, przez co tworzą optyczne złudzenie wydłużonej szyi. Tak naprawdę nikt nie wie, skąd wziął się ten zwyczaj. Jedne kobiety mówią, że pierwotnie była to ochrona przed napaścią tygrysa, inne, że próba oszpecenia ich w oczach mężczyzn z obcych plemion, czy wręcz gwarancja wierność. W przypadku zdrady pierścienie zdejmowano, a kobieta ginęła na skutek złamania karku. Najbardziej prawdopodobny jest jednak hołd dla ich pramatki – bogini smoczycy o długiej szyi, która według legendy dała początek życia ich plemieniu. Niezależnie od tradycji te metalowe obręcze stały się dziś dla nich sposobem na zarobek. Wszystko, co zostało przez członków plemienia wyprodukowane kosztuje tu handryt bat. Mam wrażenie, że te trzy słowa to jedyne wyrazy, jak Długie Szyje potrafią powiedzieć w obcym języku. O żadnej rozmowie, czy chociażby targowaniu dla sportu mowy być nie może.

Trzeba jednak pamiętać, że mimo iż obręcze na ich szyjach to dla nas nie lada atrakcja, dla nich to z jednej strony tradycja, ale z drugiej, niestety, więzienie. Za noszenie obręczy kobiety dostają od tajskiego rządu parę bahtów miesięcznie lub worek ryżu. Niewiele, ale dzięki temu nie umierają z głodu jak inni birmańscy uchodźcy. Obręcze to dla nich jedyna możliwość zarobku.

Starsze przedstawicielki plemienia wydają się pogodzone z sytuacją. Dla nich obręcze na szyi to coś tak naturalnego, jak dla europejek używanie błyszczyka. Noszą je nieprzerwanie od dzieciństwa. Co roku dokładając kolejne obręcze, aż do osiągnięcia maksymalnego wydłużenia. Młodsze chętnie ruszyłyby w świat, by zdobyć wykształcenie i zacząć nowe życie. Tajski rząd regularnie odrzuca jednak ich prośby o pozwolenie na opuszczenie rezerwatu. Władzom zależy, żeby tradycja obręczy przetrwała jak najdłużej i przyciągała kolejnych turystów i ich pieniądze.

Kobiety z plemienia Padong nie wyglądają na szczęśliwe. Przynajmniej na zdjęciach, do których pozują ze smutnymi minami. Nasza wizyta, to dla nich przykry obowiązek. Taka codzienna, całodniowa wizyta nieproszonych gości. Zaraz odjedziemy, a one w spokoju wrócą do domowych obowiązków.

Bardziej towarzyskie wydają się być przedstawicielki plemienia Yao. Ubierają się w bardzo wyszukany sposób. W uszach mają tzw. tunele. Na szyjach przeróżne koraliki. Pod kolanami obręcze. Nie jest ich w wiosce dużo. Zajmują kilka domków w bezpośrednim sąsiedztwie szkoły.

Ostatnim odwiedzonym przez nas plemieniem było Akha. Wyróżniają się oszałamiającymi strojami noszonymi przez kobiety. Ciemne kaftany z długimi rękawami, spódnice i getry zdobione haftami i koralami. Szarfy i nakrycia głowy srebrnymi monetami, świecidełkami i barwnymi wstążkami. Akha wierzą w duchy przodków, którzy odeszli, więc odprawiają odpowiednie obrzędy, podczas których składają ofiary ze zwierząt.

Gdy pojawiliśmy się w ich wiosce, zebrali nas w swojej sali kongresowej i zaczęli występ. To jedyne plemię, w którym spotkaliśmy mężczyzn. Przez chwilę myślałem, że zobaczymy cały rytuał wraz ze złożeniem ofiary. Na szczęście skończyło się jedynie na tańcu i śpiewie.

[nggallery id=48]

Powrót do hotelu trwał zaledwie kilka minut. Okazało się powiem, że rezerwat górskich plemion znajduje się dosłownie kilkaset metrów wyżej, niż nasz ośrodek. Po kolacji mamy plan zakraść się z powrotem do wioski, by obalić mit mieszkających tam plemion. Część z nas podejrzewa, czemu najgłośniej protestuje Agnieszka, że cały ten rezerwat, obręcze na szyjach i zjadane na obiad przez Akha psy to pic na wodę, fotomontaż. Snujemy teorię, że o zmroku podjeżdża autokar, zabiera wszystkich i wywozi do właściwej wioski, podczas gdy rezerwat jest sprzątany i przygotowywany na kolejny najazd turystów następnego dnia.

Na planach się jednak kończy. Dzień kończymy tak, jak tygryski lubią najbardziej. Tym razem nad brzegiem basenu. Zdrowie Długich Szyi!

Dzisiejsza trasa

A – Golden Pine Resort; B – Mae Sai; C – Tachileik [Birma]; D – Sop Ruak [Złoty Trójkąt i Laos]; E – Plemiona górskie

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search