Dzień 5: Phitsanulok, Park Historyczny Sukhothai i jezioro Phayao

Wybaczcie, że wspomnienia o każdym dniu rozpoczynam od pobudki, ale przecież tak właśnie zaczyna się dzień. Pobudką. Dzisiejsza, mimo, że o 6.00 rano, była zadziwiająco bezbolesna. Być może to już przyzwyczajenie, może rutyna, a może ciekawość? Tak, to zdecydowanie nieodparta chęć chłonięcia wszystkiego, co może nam dać przez tych kilka dni Tajlandia. Jeszcze podczas wczorajszej jazdy z Ayutthayi do Phitsanulok Marta zaproponowała nam, że jeśli utrzymamy dotychczasową dyscyplinę, w nagrodę, jeszcze przed właściwym zwiedzaniem, zabierze nas rano do miejscowej szkoły podstawowej, żeby zobaczyć poranny apel. Śpiewany przez dzieci hymn, flaga na maszt, jednakowe mundurki. Dyscyplina, której w polskich szkołach próżno szukać.

Długo nie trzeba nas było namawiać. Już kilka minut przed 7.00 wszystkie walizki spoczywały w lukach bagażowych autokaru. Nawet palacze jakoś tak sprawnie uzupełnili braki nikotyny we krwi. Ruszamy. Ponieważ szkolny apel rozpoczyna się dopiero o 8.00, uknuty wczoraj plan ulega modyfikacji. Decyzją Pui najpierw kierujemy się w stronę zaplanowanej w programie zwiedzania Świątyni Wat Phra Si Rattana Mahathat.

Niestety. Mimo wczesnego wyjazdu nie udaje nam się uniknąć korków. Kilka kilometrów, które dzieliły nasz hotel ze Świątynią Wat Mahathat i położoną po sąsiedzku szkołą pokonujemy w 45 minut. Musimy więc wrócić do pierwotnych planów: najpierw apel, później Świątynia. Nie ma tego złego…

Szkolny apel

Docieramy pod szkolne mury. Jest kilka minut przed 8.00. Między naszą grupą, niczym mrówki do mrowiska przeciskają się mali Tajowie. Wszyscy ubrani w jednakowe mundurki: dziewczynki granatowe spódniczki i białe bluzeczki, chłopcy białe koszule i brązowe, krótkie spodenki. Wyjątek stanowią ci uczniowie, którzy dziś będą mieli lekcje WF-u – strój iście sportowy: czerwono-czarne dresiki. Wszyscy z plecakami sięgającymi bez mała połowy wysokości ich ciała. Uśmiechnięci. Radośni. Podskakujący z nogi na nogę.

Starsi uczniowie zatrzymują się jeszcze na drugie (?) śniadanie na ustawionym przed bramą wejściową straganiku. Świeżo smażone naleśniki  pachną tak intensywnie, że tylko sytość po zjedzonym godzinę temu śniadaniu powstrzymuje mnie przed wyłuskaniem kilku Bathów.

W bramie wszystkich przybywających na zajęcia uczniów wita jedna z nauczycielek. Dość niepewnie, w obawie o niewpuszczenie nas na teren szkoły przechodzimy obok niej, obdarzając ją szczerym uśmiechem.  Na szczęście nie było żadnych pytań. Uśmiech otwiera w Tajlandii wszystkie drzwi. Zbieramy się całą grupą w rogu szkolnego boiska, na którym pomału formują się równe rządki uczniów.

Budynek szkoły jest niezbyt imponujący. Krępy. Trzypiętrowy. Zupełnie inna konstrukcja, niż te znane z polskich miast. Przed budynkiem stoi olbrzymi portret Króla, a za nim maszt, na który wciągana jest tajska flaga. Natomiast boisko, to już zupełnie inna bajka. Co prawda nie jest to Orlik, ale każda dyscyplina ma tu swoje miejsce. Jest nawet moniboiski z minibrameczkami. Pozazdrościć!

Każdy dzień w tajskiej szkole rozpoczyna się tak samo – szkolnym apelem. Wybiła ósma, więc zaczynamy. Prowadzący apel nauczyciel wywołuje po kolei każdą z klas. Dzieciaki, stojąc w równych szeregach odpowiadają gromkim okrzykiem, podnosząc ręce. Proceder powtarza się dwukrotnie. Następnie ustawiona za wszystkimi uczniami orkiestra, składająca się oczywiście z dzieci uczęszczających do tej szkoły rozpoczyna grać hymn państwowy. Wszyscy, absolutnie wszyscy zamierają w miejscu i zaczynają śpiewać. Na stojący za portretem Króla masz wciągana jest przez dwójkę uczniów państwowa flaga. Wszystko to trąca delikatnie komunistyczną szopką. Ale oni naprawdę tak kochają swojego Króla!

Szkolny dzień kończy się tak samo. Przy akompaniamencie hymnu ściągana jest flaga, by za kilka godzin, z godnością rozpocząć nowy dzień.

Z boku wygląda to jak niedościgniony wzór szacunku i dyscypliny dla każdego polskiego gimnazjum. O tym, jaka naprawdę jest tajska szkoła często na swoim Skok w Bok Blog pisze Maciek, nauczyciel języka angielskiego w jednej ze szkół w Bangkoku.

# 40-50 uczniów w klasie
Kulejąca dyscyplina – hałas, nagminne spóźnienia, nieobecności
Bardzo niski poziom angielskiego
Brak podręczników
Brak egzaminów i ocen
Uczniowie automatycznie dostają zaliczenie i promocję
Brak jakiejkolwiek kontroli programu nauczania
Totalny brak informacji o zbliżających zmianach w planie zajęć
Mnóstwa odwołanych zajęć, dni specjalnych

Czyli jednak pozory trochę mylą… 😉

[nggallery id=33]

Wat Phra Si Rattana Mahathat

W Phitsanulok są w zasadzie dwie „atrakcje turystyczne”. Jedna, to odlewnia posągów Buddy z brązu. Niestety, w poniedziałki jest nieczynna. Drugą, nie tyle ciekawą, co wręcz imponującą jest Świątynia Wat Mahathat na terenie której znajduje się głęboko czczony posąg Buddy – Phra Phuttha Chinarat. Wejście do Świątyni to dwoje bogato rzeźbionych drzwi z masy perłowej. Czarno-złote wnętrze z czerwonym sklepieniem, masywne kolumny, ścienne malowidła i starannie wykonany posąg w samym centrum. Pięknie.

W środku, co nie jest rzadkością w tajskich świątyniach, można spotkać nie tylko modlącego się Mnicha, ale również stoisko z amuletami. Agnieszka, która nasłuchała się o ich niezwykłej mocy postanowiła wybrać coś dla siebie. I, o zgrozo, również coś dla mnie. Ma przynosić dostatek. No nic, niech przynosi. Ja zbytnio przesądny nie jestem. Oby mi tylko nie zaszkodził…

Po wyjściu ze Świątyni zwiedzamy jeszcze ogród, odnajdujemy Mr.Bonda na pobliskim parkingu, uzupełniamy zapasy chłodzących napoi i ruszamy w stronę Sukhothai. Dziś, podobnie jak i wczoraj, czeka nas ładnych kilka godzin w autokarze – z Tajlandii środkowej przejedziemy pod samą północną granicę z Birmą.

[nggallery id=34]

Młyn

Z Phitsanulok do Sukhothai jest około 60 km. Po drodze Pui, poproszony przez nas, wypatruje pracujących na polu ryżowym Tajów. Chcemy się zatrzymać, żeby zrobić kilka zdjęć. Niestety, nigdzie nie udaje się znaleźć pola stosunkowo blisko drogi z dogodnym miejscem na zaparkowanie autokaru. Dostajemy za to inną (którą to już ?) niespodziankę. Tym razem zatrzymujemy się w niedziałającym już młynie ryżowym.

Postęp technologiczny, wcześniej, czy później dociera również do tych biedniejszych regionów. Tak samo było i tutaj. Po latach wysłużony młyn został zastąpiony automatyką, a stary budynek miał zostać rozebrany. Na szczęście jakaś mądra głowa wymyśliła, by zrobić z niego muzeum, dzięki czemu mieliśmy okazję rzucić okiem, jak jeszcze kilka lat temu obrabiany był zrywany z okolicznych pól ryż.

W jednym z pomieszczeń zebrane są narzędzia używane na polach ryżowych. W innym wysłużone maszyny porosłe już nieco kurzem. W powietrzu, mimo, że już od kilku lat prace trwają w budynku obok, wciąż czuć zapach młóconego zboża.

[nggallery id=35]

Park Historyczny Sukhothai

Po niecałej godzinie jazdy docieramy do Sukhothai, a w zasadzie znajdującego się nieopodal Parku Historycznego, głównej atrakcji dzisiejszego dnia. Jest dla Tajlandii tym, czym Angkor Wat dla Kambodży. Kolebką państwa tajskiego i centrum pierwszego Królestwa Tajlandii. Najbardziej imponującym punktem na mapie zabytków kraju. W Parku mieszczą się najwspanialsze przykłady artystycznych i architektonicznych osiągnięć Królestwa.

Dziś, po procesie restauracji zabytków zaliczanych przez UNESCO do obiektów światowego dziedzictwa, na powierzchni blisko 70 km2 można poznać złotą przeszłość Królestwa Sukhothai.

Park, z racji jego dużej powierzchni można zwiedzać na trzy sposoby:

  • na piechotę, jeśli ma się na to cały dzień
  • na 4-osobowych motorikszach, jeżeli jest się leniwym, lub niedołężnym
  • na rowerkach, samemu przemieszczając się pomiędzy zabytkami

Ponieważ przed nami było jeszcze sporo drogi do Chiang Rai, do wyboru mieliśmy tak naprawdę tylko dwie opcje: motoriksze i rowery. O dziwo znalazło się aż ośmiu chętnych na motoriksze. Wśród nich oczywiście największy próżniaczek naszej grupy, czyli Agnieszka. Czasami podejrzewam, że ona nie umie jeździć na rowerze, tylko wstydzi się przyznać i ciągle wyszukuje coraz to nowsze wymówki. Tym razem było jej podobno za gorąco. Jak można nie skorzystać z okazji i nie pojeździć na rowerku? I to na obcej ziemi!?

Zwiedzanie rozpoczynamy zatem od wypożyczalni i wyboru roweru. Decyduję się na piękną, czarną, błyszczącą maszynę łudząco podobną do Ukrainy ze skórzanym siodłem Brooks England LTD. Wsiadam i próbuje ruszyć, ale cały czas, mimo szybkiego pedałowania, stoję w miejscu. Strasznie niski bieg, czy co? Ale zaraz, zaraz. Przecież ten rower nie ma przerzutek. Spoglądam w dół i co widzę? A w zasadzie czego nie widzę? Łańcucha nie ma… No to sobie pojechałem… Nie ma już czasu na wybrzydzanie. Wszyscy już daleko znikają na horyzoncie. Łapię więc pierwszą z brzegu damkę i w drogę!

Kompleks świątynny otoczony jest ceglanym murem i fosą. Na liście odwiedzonych przez nas obiektów znajdują się m.in. Wat Sri Sawai, wyróżniająca się potrójnym prangiem.  Jest starsza o kilka wieków od samego Sukhothai i została wybudowana jako świątynia hinduistyczna; Wat Traphang-Ngoen charakteryzująca się kwadratowym postumentem oraz posągiem Buddy otoczonym kolumnami; Wat Srasri, świątynia na wysepce, w której znajduje się jedyny w swoim rodzaju posąg kroczącego Buddy, zrobiony w typowym stylu Sukhothai (przypomina nieco ladyboy’a…); oraz oczywiście Wat Mahathat – główna czedi w otoczeniu ośmiu mniejszych, której zakończenie jest w kształcie pączka lotosu.

Wszystko to, jak na park przystało, otoczone piękną roślinnością, licznymi stawami i dającymi cień drzewami. Idealne miejsce na przejażdżkę rowerową.

Między zwiedzanymi obiektami trwa oczywiście handel. Można kupić nie tylko coś do jedzenia, ale oczywiście również pamiątki. A determinacja sprzedawców jest tak duża, że targowanie odbywa się również… podczas jazdy! 😉 W ten sposób Mariusz z Karoliną, jadąc rowerami obok przemieszczającej się na skuterze Tajki kupili pięknego, rzeźbionego w tekowym drzewie słonia.

Przy posągu Króla Ramkhamhaenga Agnieszka po raz drugi już podczas tego wyjazdu polepsza swoją karmę. Najpierw rękami Pui wypuściła cobrę na stoisku ze szczurami, a dziś wykupiła i wypuściła do stawu żółwia, zaraz po kociedrugie swoje ulubione zwierzę. Choć kosztowało to całe 100 THB, na razie efektów nie widać…

[nggallery id=36]

Przed dalszą drogą zatrzymujemy się jeszcze na obiad. Jak zwykle szwedzki stół ze sporym wyborem dań. Walory smakowe tym razem podbite zostały tymi wizualnymi.

[nggallery id=37]

Jezioro Phayao

Dzisiejszy i jutrzejszy nocleg ma się odbyć w najlepszym i najpiękniejszym ośrodku podczas całej części objazdowej – Golden Pine Resort & Spa. Podobno ma tylko jeden minus. Położony jest na uboczu, gdzie nie ma żadnych sklepów, a ceny w hotelowym barze są delikatnie mówiąc wygórowane. Żeby skutecznie odprężyć się po długiej podróży trzeba się wcześniej zaopatrzyć w stosowne zapasy. A zaopatrzenia tego dokonujemy podczas alkopostoju nad brzegiem jeziora Phayao.

To już trzecia tego dnia ponadprogramowa atrakcja. Jezioro zajmuje powierzchnię 2,3 km2, a jego średnia głębokość to zaledwie 1,7 m. Przy zachodzącym słońcu zrobiło na nas kolosalne wrażenie.

[nggallery id=38]

Golden Pine Resort & Spa

Do hotelu docieramy po zmroku. Na szczęście meldunek przebiega dość sprawnie. Jeszcze tylko słodki powitalny drink i można zacząć szukać naszego domku. Cały kompleks, oprócz głównego budynku z recepcją, restauracją i centrum spa to kilkadziesiąt domków oraz centralnie położony basen. Odszukanie właściwego lokum nie jest trudne, bo oznakowanie ośrodka jest wręcz idealne. Po wejściu do środka zaniemówiliśmy. Nie bez powodu Marta zapowiadała, że będzie to najlepszy hotel na całej trasie. Duży, przestronny, wysoki pokój o powierzchni około 30m2. Wielkie łóżko, toaletka, taras, tv, klimatyzacja, barek, suszarka. A do tego olbrzymia łazienka z wanną i prysznicem.

[nggallery id=39]

Szybki prysznic i na basen. Do kolacji mamy jeszcze godzinę. Czas najwyższy założyć ten tajski Klub Morsa. Jest 3 grudnia, a my pluskamy się w odkrytym basenie. Me gusta!

Dzisiejszym fakultetem jest hotelowa kolacja. Kosztowała 500 THB za osobę, co jest ceną dość wygórowaną, bo posiłek nie różnił się absolutnie niczym od innych obiadów, czy kolacji serwowanych podczas wycieczki (pyszne, chrupiące sajgonki!). Ale z absolutnego braku alternatywy na wieczorny posiłek w okolicy pozostaje głodówka, albo przepłacenie. Wybór należy do Ciebie.

My po kolacji siadamy do degustacji zakupionych nad jeziorem produktów. Nauczeni doświadczeniem płacenia frycowego za poznawanie obcych smaków, tym razem zdecydowaliśmy się na mniejsze, testowe pojemności. Zapasy szybko się kończą, sięgamy więc po ostatki tego, co kto przywiózł ze sobą z Polski. Oprócz polecanego nam 100 Pipers, która niestety okazała się być szkocką whisky, niekwestionowanego zwycięzcy w kategorii: smak i stosunek ceny do jakości Hong Tonga z trzciny cukrowej i kilku puszek Changa, na stole wylądowała Wyborowa i Cytrynówka Lubelska. Część wieczoru (if You know, what I mean) spędził z nami Pui, opowiadając nieco o sobie i życiu w Tajlandii.

Imprezka była tak gruba, że nawet aparat fotograficzny miał problemy ze złapaniem ostrości… 😉

Dzisiejsza trasa

A – Phitsanulok; B – Park Historyczny Sukhothai; C – Jezioro Phayao; D – Golden Pine Resort & Spa Chiang Rai

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search