Dzień 3: Pływający targ, most na rzece Kwai oraz Kolej Śmierci

Kochana drzemko… Przepraszam, że byłem dla Ciebie takim dupkiem w przedszkolu. Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto Cię stracił. Dziś piękność Twą w całej ozdobie, widzę i opisuję bo tęsknię po Tobie…

Ale do rzeczy. Jak ja nienawidzę dźwięku swojego budzika. Znam siebie i wiem, że aby pobudka była skuteczna, dzwonek musi być głośny i niezwykle irytujący. A że o 6.00 rano żaden dźwięk nie jest dla mnie nad wyraz głośny… Niestety na całej części objazdowej, w dni, w które zmieniamy hotel wstawać będziemy o tak nieludzkiej porze. Tam, gdzie śpimy 2 noce (w sumie 3 hotele), pobudka o całe 30 minut później. Nie czas jednak na drzemki, marudzenie, czy przeciąganie się. Nie przyjechaliśmy tu na wakacje! Przyjechaliśmy tu zwiedzać! THIS IS THAILAND!

Szybki prysznic, dopchnięcie walizek (które już po dwóch pierwszych dniach wymknęły się nieco spod kontroli) [UWAGA! Zrobione pierwszego wieczora pranie ręczne nie doschło aż do dzisiejszego poranka!], ostatni rzut oka na mrowisko 12 pięter niżej (choć nie ostatni na Bangkok), pożywne śniadanko i wio. Ruszamy na północ, a dokładniej na północny-zachód. Dziś w planach trochę folkloru, trochę historii i trochę rozrywki. A na koniec jak zwykle degustacja.

[nggallery id=15]

Ponieważ grupa wciąż jest nadspodziewanie punktualna, spod hotelu wyjeżdżamy o czasie. Przed nami nieco ponad 100 km drogi do Damnoen Saduak, gdzie znajduje się jedyny w swoim rodzaju bazar. A w zasadzie targ. Pływający targ. Ale zanim dotrzemy do pierwszej zaplanowanej dziś atrakcji, najpierw niespodzianka od przewodników. Dziś jest to…

Manufaktura kokosa

Po około godzinie jazdy zatrzymujemy się na niepozornym parkingu. Na dzień dobry każdemu po wyjściu z autokaru robione jest zdjęcie. Ładafak? Przecież nie jesteśmy na Kubie, czy w Chinach, żeby prowadzili rejestr turystów…

Marta i Pui prowadzą całą grupę pod parasole z trzciny. Chwila napięcia i już wszystko jasne. Dookoła porozrzucane łupiny od kokosów. Setki, tysiące łupin. Słodki zapach. Mmmm… Jestem w raju… Od razu zachciało mi się Bounty… A więc czeka nas pierwsza prelekcja. Marta opowiada, Pui prezentuje. Najpierw w jaki sposób pozyskuje się orzech kokosa. Następnie, jak się go otwiera. Co robi się z mleczka. Oraz jak się produkuje wiórki. Potem krótki spacer wzdłuż wielu kadzi, w których z gotującego się mleczka pozyskuje się cukier. Po drugiej stronie kilka stoisk z ręcznie robionych z kokosa produktów. Są lampki z łupin. Są kosmetyki. Są słodkości. Warto wydać tu parę groszy, bo takich rarytasów już do końca wycieczki próżno będzie szukać.

Czas wolny szybko się kończy. Wracamy do autokaru i już wiadomo, po co były te zdjęcia. Każdy może sobie kupić na pamiątkę… talerzyk ze swoim zdjęciem. Jego produkcja trwała 15/20 minut. Wygląda na doskonałą chińską porcelanę z… wklejonym zdjęciem naszej zdziwionej facjaty. Ale część z nich znajduje swoich nabywców. Cena chyba 150 THB. Później okaże się, że w takich pseudoturystycznych miejscach można sobie skompletować całą zastawę deserową…

[nggallery id=16]

Pływający targ

Następnie docieramy do mariny, gdzie czekają na nas motorówki, którymi dostaniemy się na wyczekiwany przez wszystkich bazar. OK. Nie marina, a kanał. Nie motorówki, a łodzie z bajecznie wielkimi silnikami i malutkimi śrubami zamontowanymi na końcu długiej na 3 metry rury (kojarzą mi się z mocno rozbudowanymi kulturystami ze średnio imponującej wielkości przyrodzeniami…) i nie bazar, a pływający targ. Tak, czy siak wszyscy niecierpliwie przebierali nóżkami przed wejściem do łodzi. Wchodzi do nich po 6 osób (trzy dwuosobowe ławeczki). Silnik z tyłu. Do cichych nie należy, więc niech wrażliwi mają to na uwadze.

Zanim dotarliśmy na targ, najpierw kilkunastominutowy rejs kanałem. Piękne widoki i niezapomniane wrażenia. Po drodze mijamy m.in. Świątynię z bajecznie wielkim, nieco kiczowatym Buddą, piękne, soczyście zielone, kładące się ku wodzie palmy oraz… zmierzające w tę samą stronę co my, świeże dostawy grillującego się mięska.

Rejs trwa około 10 minut. Dopływamy na miejsce. Dwukrotnie złapałem się na tym, że gęba sama mi się śmiała. Fan-ta-sty-czny widok. Gdzie się nie spojrzy, tam inna łódź z innym asortymentem. Każdy kolorowy i pachnący. Jedni sprzedają owoce. Dorodne owoce. Inni różne przekąski: smażone banany, cieplutkie kokosanki, grillowane szaszłyki, zimne mleczko kokosowe. Jeszcze inni kapelusze, maski, ramki, tkaniny. Jest wszystko. Bajecznie piękne. I bajecznie drogie.

Większość handlu odbywa się z pływających po kanałach łodzi. Kupujący spacerują po brzegu i stamtąd dobijają targu. A ponieważ język angielski opanowany jest przez Tajów w stopniu bardzo podstawowym, w procesie negocjacji bardzo pomocny jest kalkulator, na którym wstukuje się swoją propozycję ceny.

My, oprócz smażonych bananów (trochę tłuste, ale pycha!), kokosanek (pycha! /Karolina i Mariusz) oraz degustacji mleczka kokosowego (mdłe, ale warto spróbować /Sonia i Rafał) decydujemy się na zakup kapeluszy. Z wyjściowej ceny 400 THB za sztukę udaje nam się stargować do 180 THB. Fantastycznie, prawda? Nic z tych rzeczy… Kilka dni później okazuje się, że te same kapelusze moglibyśmy kupić za… 50 THB. Nie idźcie tą drogą! Nie ma tu nic, czego nie uda Wam się kupić w innych, mniej turystycznych, a więc tańszych miejscach. Ale smakołyków sobie nie żałujcie… 😉

Rozczarowaniem jest natomiast wielkość targu. To w zasadzie jedno skrzyżowanie kanałów i już. Reszta, to zwykłe budy, ze zwykłą chińszczyzną. Z atrakcji, których próżno szukać gdzie indziej polecam możliwość zrobienia sobie fotki z pokaźnej wielkości wężami.

Na parkingu, na którym czeka na nas Mr.Bond z jak zwykle perfekcyjnie przygotowanym do dalszej drogi autokarem, można kupić od pewnej starowinki mapy Tajlandii, znaczki pocztowe oraz maść tygrysią. Dość egzotyczne połączenie asortymentu, ale jakoś mnie to nie zdziwiło. Azja…

[nggallery id=17]

Okazuje się, że na targu zakupy zrobił również Pui. Oprócz spineczek, którymi przypiął mapę udającą nieco tylko mniej interaktywną wersję Google Earth, ale będącą bardzo pomocną w określeniu naszej aktualnej pozycji, przytargał do autokaru dwie siatki pachnących owoców! To był jego prezent, na dalszą, owocną współpracę. Przed degustacją powiedział po dwa zdania o każdym z nich. Bezapelacyjnie zwycięzcą w kategorii wygląd został niejaki dragon fruit. W smaku bezkonkurencyjny był mangosteen.

[nggallery id=18]

Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej

Mimo dwóch, wcale niekrótkich postojów, i przejechaniu łącznie ponad 200 km, do Kanchanaburi docieramy jeszcze przed południem. Pozostałe atrakcje dzisiejszego dnia zlokalizowane są w bezpośrednim sąsiedztwie tego niewielkiego jak na azjatyckie standardy, liczącego ledwie 66.000 mieszkańców miasteczka.

Najpierw na naszym celowniku znalazło się Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej, czyli tzw. Kolei Śmierci. W bezpośrednim sąsiedztwie, tuż za betonowym murkiem wysokości 1 metra znajduje się pięknie utrzymany cmentarz. Przypomina te z amerykańskich filmów. Krótko przystrzyżona trawka, płyty zamiast nagrobków. Cisza, skupienie, śpiew ptaków. Spoczywają tu jeńcy wojenni, zmarli i zamordowani podczas budowy linii kolejowej z Bangkoku do Rangunu w Birmie. Liczbę ofiar tej budowy szacuje się na ok. 100.000 cywili i 16.000 jeńców. Stąd potoczna nazwa – Kolej Śmierci.

W czasie II wojny światowej, gdy w Azji Południowo-Wschodniej zmagały się ze sobą wojska japońskie i alianckie, niewielka miejscowość Kanchanaburi stała się sceną najtragiczniejszych wydarzeń tego okresu. Wszystko zaczęło się od planu stworzenia linii zaopatrzenia dla wojsk japońskich stacjonujących w Birmie, do których dostęp odcięty został przez działania aliantów prowadzone na morzu.

W zamyśle japońskich dowódców, monumentalna linia kolejowa prowadząca przez dżunglę i będąca funkcjonalnym szlakiem zaopatrzenia, miała zdecydowanie przyczynić się do zwycięstwa w wojnie. Niestety, czas budowy ponad 400-kilometrowej trasy, przewidziano jedynie na 1 rok. Wiązało się to zatem z koniecznością niewolniczej, wielogodzinnej pracy, do której zatrudniono tysiące alianckich jeńców wojennych i azjatyckich robotników. Z powodu nadludzkiego wycieńczenia, tragicznych warunków bytowych i panujących chorób, każdego dnia na placu budowy ginęły setki osób.

Pamięć o tych wydarzeniach pielęgnowali tajscy mnisi, którzy wiele lat temu założyli prymitywne muzeum. Jego pierwotna nazwa – JEATH – to skrót pochodzący od pierwszych liter nazw państw, uczestniczących w budowie: Japan, England, America, Thailand, Holland. I właśnie Holendrzy, których wielu podczas budowy zginęło, postanowili zaopiekować się zarówno cmentarzem, jak i samym muzeum. Ekspozycja zawiera wiele makiet prezentujących m.in: proces budowy, fragment linii kolejowej, czy tereny obozów jenieckich. Dla lepszego efektu wykorzystano też grę świateł, będącą symulacją trwającego dnia. Całej galerii daleko do nowoczesnych, interaktywnych muzeów, ale na twarzach absolutnie wszystkich dało się zauważyć zadumę  i skupienie.

W muzeum obowiązuje zakaz fotografowania.

[nggallery id=19]

Most na rzece Kwai

Z muzeum jedziemy bezpośrednio nad rzekę Kwai. A w zasadzie Khwae Noi, bo tak brzmi poprawna jej nazwa. Skąd ta różnica? Kwai, to po tajsku wół. Gdy zapytano kiedyś Tajów co to za rzeka płynie w dole, lokalni mieszkańcy nie znający języka myśleli, że pytający wskazuje na kąpiące się w rzece woły. Więc odpowiedzieli kwai. I tak już zostało do dziś.

Na rzece wsiadamy do pływającej po niej barki, będącej w rzeczywistości restauracją. A dokładniej rzecz ujmując samą salą jadalną ze szwedzkim, uginającym się stołem i kilkunastoma stolikami. Barka, na której znajduje się tylko nasza grupa i 3 osoby obsługi ciągnięta jest przez motorówkę. Przez nikogo nieniepokojeni zasiadamy do obiadku. W tak pięknych okolicznościach przyrody, płynąc w górę rzeki z każdą minutą zbliżaliśmy się do osławionego mostu na rzece Kwai. A minut tych było ze 45.

Na horyzoncie pojawia się most. Napięcie wzrosło błyskawicznie. Równie błyskawicznie zostało przez Martę rozładowane. Fałszywy alarm. Nasz ma być żelazny. Po drodze mijamy jeszcze jeden. I pozostałości po następnym. I wreszcie jest! Japończycy sprowadzili go w częściach z Jawy i złożyli ponownie rękami jeńców. Podczas bombardowania amerykańskich lotników został zniszczony. Po wojnie trzy zwalone do wody przęsła podnieśli w ramach reparacji Japończycy. Dlatego teraz część przęseł jest półokrągłych, a część, tych odbudowanych, w kształcie trapezu. Na złość to zrobili, czy jak?

A propos. Most wcale nie jest tak sławny, jakby się wydawało. Gdy w 1957 roku David Lean wraz ze swoją ekipą przyjechali szukać plenerów do kręcenia filmu „Most na rzece Kwai” stwierdzili, nie bez powodu z resztą, że zarówno most, jak i otaczające go koryto rzeki nie są zbyt atrakcyjne. Zwinęli więc swoje manatki i prace rozpoczęli ostatecznie na Cejlonie. My, w przeciwieństwie do ekipy filmowej, postanowiliśmy się po moście przejść. Ale chwilę później też się zwinęliśmy.

Zarówno rejs rzeką wraz z obiadem, jak i czekająca na nas za chwilę przejażdżka Koleją Śmierci to dodatkowo płatna wycieczka fakultatywna. Koszt: 800 THB. Serdecznie rekomenduję.

[nggallery id=20]

Makaki

Zmierzając na najbardziej emocjonujący punkt dzisiejszego programu Pui wykonuje kilka telefonów. Niby nic nadzwyczajnego. Prawie non stop gdzieś dzwoni, coś rezerwuje, coś potwierdza. Tym razem jednak po zakończeniu rozmowy mówi do Marty, że rozmawiał z makakami i potwierdził ich obecność. Niezły dowcipniś… Aż tu nagle autokar z każdej strony zostaje otoczony przez dziesiątki małych małpek. Co za widok!

Zatrzymujemy się na niewielkiej, leśnej polance. Ni stąd, ni zowąd pojawia się tam również stoisko z bananami i kukurydzą. Pui zaopatruje nas w przysmaki dla makaków. Każdy może samodzielnie nakarmić żyjącą na wolności małpę. Masz to w Polsce?!

[nggallery id=21]

Kolej Śmierci

Dzisiejszy dzień kończymy przejazdem krótkim odcinkiem Kolei Śmierci, oficjalnie zwaną Koleją Birmańską. Do dziś zachowała się jedynie część trasy. Dokładnie 77 km. Służy ona nie tylko spragnionym wrażeń turystom, ale również, a może przede wszystkim lokalnym mieszkańcom, którzy wykorzystują ją do szybkiego przemieszczania się między okolicznymi wioskami. My przejechaliśmy ledwie kilka stacji, ale za to po najbardziej stromych klifach i rozsypujących się drewnianych mostach. Czad.

[nggallery id=22]

R.S. Hotel

Na naszej stacji czekał już Mr.Bond. A wraz z nim fantastyczna nowina: bagaże są już w hotelu, w naszych pokojach. A więc zaraz po zakwaterowaniu można będzie wziąć prysznic, bez zwyczajowo przeciągającego się czekania na bagażowego. Wcześniejszy prysznic, to wcześniejsza kolacja. A wcześniejsza kolacja, to wcześniejszy relax. Me gusta.

Hotel, jak sama Marta ostrzegała był najsłabszy na całej wycieczce. Nie, żeby tam od razu biegające szczury, czy pleśń na ścianach. Ot, zwykły, wiekowy już budynek, bez większych udogodnień. Aczkolwiek miał basen. I gdyby nie obawa o doschnięcie kąpielówek, z pewnością wieczór 1 grudnia spędzilibyśmy w wodzie inaugurując Tajski Klub Morsa. Wyposażenie nie odbiegało jednak od przyjętych standardów. Ręczniki, lodówka, tv. Nawet darmowe Wi-Fi w pokoju. Układając hierarchię zaliczonych hoteli, ten był na samym jej końcu. Ale żebym się miał do czegoś przyczepić, to bez szukania argumentów na siłę, byłoby dość ciężko.

Z pewnością jedną z ciekawostek był przyhotelowy ogród. Przyjechaliśmy jednak na tyle późno, że jego zwiedzanie zostawiliśmy sobie na poranek.

Po kolacji, na której udaje nam się ustalić, jakich tajskich produktów warto spróbować, udajemy się do okolicznego, dość specyficznego sklepu. Nie przypominał on niczego, co do tej pory widziałem. Łącznie z kasą fiskalną, którą było… wiaderko. Hotel jest usytuowany na uboczu, więc i oferta handlowa była dość uboga. Nie przeszkodziło to jednak Agnieszce, która nie wiadomo jak i gdzie, kupiła sobie marynarkę… 

Warte skosztowania napitki dostępne w Tajlandii 

Dzień kończymy degustacją nad basenem. Dziś na tapecie była brandy Regency. Szczerze mówiąc w nasze gusta trafiła średnio. Będziemy szukać dalej… 😉

[nggallery id=23]

Dzisiejsza trasa

A – Bangkok; B – Pływający targ w Damnoen Saduak; C – Muzeum, most na rzece Kwai oraz Kolej Śmierci w Kanchanaburi

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search