Dzień 2: Bangkok

d2

Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu. Jednym słowem Bangkok. Najgorętsze miasto świata według Światowej Organizacji Meteorologicznej. I według mojej skromnej osoby również. Największe miasto Tajlandii i 21 na świecie. To właśnie tu, z tzw. grubej rury rozpoczynamy swoją podróż po Krainie Uśmiechu.

Pobudka o 6.30. Po blisko 35 godzinach bez zmrużenia oka, te marne 6 godzin snu minęły niestety nadspodziewanie szybko. Nie potrzebuję jednak kawy. Adrenalina działa lepiej, niż kofeina. Za wielkim oknem naszego pokoju słońce rozświetlało już niezbyt atrakcyjne budynki Chinatown. Mimo wczesnej pory, świat widziany z 12 piętra wygląda trochę, jak mrowisko. Czy oni nigdy nie sypiają??

Schodzimy na śniadanie. Serwują je od 6.30. Myślałem, że będziemy jednymi z pierwszych gości. Nic z tych rzeczy… Sala prawie cała pełna. Szok. Sprawdźmy więc, co by tu wrzucić na ząb. A wybór okazał się być przedni: smażony ryż z warzywami, sajgonki, wołowina z grzybami mun, pad thai, kurczak smażony w cieście, wieprzowina w pięciu smakach. Spoglądam na zegarek i dla pewności na telefon. To pora obiadowa jest, czy śniadanie?? Automatyczna synchronizacja strefy czasowej nie zawiodła. Jednak śniadanie… Okazuje się, że Tajowie niezależnie od pory dnia jadają to samo… Na szczęście hotel staje frontem do klienta-turysty. Jest też sekcja europejska. Jajka pod każdą postacią, również robiona na naszych oczach jajecznica, czy omlet, bekon, parówki, wędliny, pieczywo, warzywa, musli, mleko, dżemy… Dla każdego coś dobrego. I tak już do końca części objazdowej, niezależnie od hotelu.

No, ale nie przyjechaliśmy się tu objadać. A przynajmniej nie w hotelowych restauracjach. Ruszamy w miasto!

Let the game begin!

Wybiła godzina W. Pod hotelem czeka już przyodziany w wielkie, przeciwsłoneczne okulary Mr. Bond. A za nim błyszczący w porannym słońcu (niczym doposażony przez Q Aston Martin) nasz żółty, wychłodzony dyliżans marki Golden Dragon z logo nieco tylko zbliżonym do Citroëna. Autokar produkcji chińskiej, co będzie miało swoje odzwierciedlenie w dalszej części tej opowieści.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Rainbow Tours ma taką niepisaną zasadę, która promuje klientów kupujących wycieczki w ofercie first minute. Potwierdziło się to w Turcji, potwierdziło i w Tajlandii. Otóż lista turystów, którą dostaje pilot z biura podróży tworzona jest nie w kolejności alfabetycznej, nie według daty urodzenia, czy miasta wylotu, a w kolejności wykupienia wycieczki. Czyli kto pierwszy, ten lepszy. Warto być jak najbliżej początku tej listy, bowiem daje to gwarancję pierwszeństwa wejścia do autokaru na samym początku wycieczki, a więc i wyboru miejsca w autokarze na całą część objazdową. W Turcji meldunek w hotelu również prowadzony był według tej samej kolejności. Tak się jakoś złożyło, że na wyjazd do Tajlandii zdecydowani byliśmy na długo przed opublikowaniem przez Rainbow Tours katalogu na Zimę 2012, dlatego już pierwszego dnia sprzedaży, na początku maja zarezerwowaliśmy swoją wycieczkę. W efekcie byliśmy na samym szczycie listy, dzięki czemu zajęliśmy miejsca w drugim rzędzie (pierwszy zarezerwowany dla przewodników). Lepsze widoki, wyjście z autokaru bez zatoru i bezpośredni kontakt z Martą i Pui. Czy potrzebujecie więcej argumentów? No to będzie jeszcze jeden. Za kilka dni… 😉

Złoty Budda

Parafrazując nieco Hitchcocka, zwiedzanie zaczęliśmy od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie nieprzerwanie rosło. Na pierwszy ogień zaserwowano nam Świątynię Wat Traimit ze Statuetką z Figurą z Posągiem Złotego Buddy. Waży bagatela 5,5 tony, ma 3 metry wysokości i w całości wykonany jest ze szczerego złota. Powstał w XIII wieku jeszcze za czasów Królestwa Sukhothai. Jak to możliwe, że  warta fortunę rzeźba przetrwała 800 lat i to w doskonałej kondycji? Niektórzy tłumaczą to specyficzną mentalnością Tajów i ich stosunkiem do wiary i jej symboli. Ale na świecie żyją nie tylko Tajowie… Figura Złotego Buddy zachowała się niemal w idealnym stanie, ponieważ przez wiele lat pokryta była wapienno-cementową zaprawą, kryjącą wartość posągu przed złodziejami i agresorami z zewnątrz. Jak niesie legenda, ochronną osłonę wykonano w XVIII wieku, podczas najazdów Birmańczyków. Sprytny plan udał się z nawiązką. Posąg ocalał i popadł w zapomnienie. Po latach nikt już nie pamiętał, co kryje się pod warstwą szarej zaprawy. I pewnie długo jeszcze oddawano by cześć wielkiemu, cementowemu Buddzie, gdyby nie zdecydowano się przetransportować go do Wat Traimit. Podczas przenoszenia figury pękła jedna z lin, posąg się osunął, cementowa powłoka pękła i oczom ich ukazała się… niewyobrażalna bryła złota.

Warto zaznaczyć, że pomieszczenie, w którym stoi ów posąg nie jest jakoś szczególnie chronione. Brak ochrony. Brak krat w oknach. Brak monitoringu. Przypominam, że mówimy tu o ponad 5 tonach czystego złota… Być może Tajowie, którzy oficjalnie nie żebrzą i nie kradną, nie wyobrażają sobie również możliwości wyciągnięcia łapy po świętości. Z drugiej strony przez nikogo niezauważone zniknięcie tak wielkiego posągu jest raczej niemożliwe. No chyba, że wzięłaby się za to ekipa niejakiego Pana  Danny’ego Oceana. 😉 A może on nie jest wykonany z litego złota, stąd ten brak prewencji? Who cares. Wrażenie robi.

Na terenie Świątyni znajdują się też… dwa kantory. Z moich obserwacji wynika, że oferowały najlepsze kursy wymiany waluty. Podobne, co być może wynikało z wahań kursowych, były dopiero w Pattayi. EUR i USD polecam więc wymienić właśnie tu.

[nggallery id=9]

Po obejściu całego kompleksu ruszamy w dalszą drogę, choć wciąż nie opuszczamy jeszcze Chinatown. Naszym kolejnym przystankiem jest…

Targ kwiatowy

Kilka minut jazdy autokarem i jesteśmy już nad brzegiem rzeki Chao Phraya. Tam żegnamy się na kilka godzin z Mr. Bondem. Najpierw na piechotę idziemy na targ kwiatowy – Pak Khlong Talat. Niezliczone ilości świeżych kwiatów o każdej porze dnia i nocy. Unosząca się woń jest miodem na mój podrażniony zapachem Bangkoku nos. Mimo, że największy ruch panuje tu o świcie, gdy na barkach dopływają dostawy świeżych kwiatów z północnych dzielnic Tajlandii, jest bardzo ciasno. Setki kolorów powodują oczopląs. Góry kwiatów ciągną się po sam horyzont. Chaos, jak za najlepszych lat Stadionu X-lecia w Warszawie. A wybór jest przeogromny: kwiaty cięte, bukiety, mistrzowskie kompozycje.

Te niezliczone góry kwiatów każdego dnia znajdują swoich właścicieli. Co do jednego płatka. Jak to możliwe? Tajowie bardzo serio wierzą w dobre duchy. Budują im specjalne domki. Starają się na każdym kroku kupić ich przychylność. Kwiaty są więc jednym z tych elementów, które dbają o dobre samopoczucie zarówno Duszków, jak i Tajów.

Targ kwiatowy płynnie przechodzi w bazar warzywny. Papryki, imbir, kapusta, rzodkiew… Jest wszystko! A najwięcej, ku uciesze Agnieszki, jest tam wszelkiej maści sierściuchów kotów.

[nggallery id=10]

Leżący Budda

Przed nami jedna z wielu niespodzianek zaserwowanych nam przez naszych przewodników. Jak to możliwe, że w oficjalnym programie zwiedzania nie znajduje się Wat Pho – Świątynia leżącego Buddy, mimo bliskiego sąsiedztwa z Wat Phra Kaeo i Wielkiego Pałacu? Pojęcia nie mam. Panie i Panowie z Rainbow Tours – shame on you!

Na szczęście – i nie piszę tego, bo mam w tym jakikolwiek interes – zarówno Marta, jak i Pui zdają się być odpowiednimi ludźmi, na odpowiednich stanowiskach. Czyli nie odbębniają swoich obowiązków prowadząc turystów tylko tam, gdzie wymyśliły sobie mądre głowy w Łodzi…

I w ten sposób, mijając po drodze harmider zwykłego, ulicznego ruchu dochodzimy do najstarszego i największego zespołu świątynnego w Bangkoku – Wat Pho. Założony w XVI wieku, wciąż bezustannie tętni życiem i cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem turystów. Cały kompleks to nie tylko budowle sakralne, ale również piękne ogrody, niezwykłe posągi (ponad 1.000!), malowane dzwonnice oraz najsłynniejszy, mierzący bagatela 46 metrów długości i 15 metrów wysokości leżący Budda.

Budda, co jest rzadkością, spoczywa na boku, oparty na łokciu. Wykonany jest wprawdzie z pospolitego materiału – cegieł i gipsu – ale jak większość posągów błyszczy złotem. Jego stopy natomiast pokrywa masa perłowa. Posąg wypełnia dosłownie całą powierzchnię świątyni. Do tego stopnia, że ciężko jest go dobrze wykadrować na fotografii.

[nggallery id=11]

Wielki Pałac i Szmaragdowy Budda

Jak już wspomniałem, odległość z Wat Pho do Wielkiego Pałacu nie jest duża. Pokonujemy ją jednak w autokarze. Powodów jest kilka. Każdy bardzo prozaiczny. Przede wszystkim wchodząc na teren Wielkiego Pałacu należy mieć spodnie do kostek, ewentualnie kieckę za kolano. Niezależnie od płci. A ponieważ od samego rana żar leje się z nieba, nikt w „długich nogawkach” całego dnia by nie wytrzymał. Wykorzystujemy więc krótką przejażdżkę na szybką zmianę garderoby. Po drugie, te kilka minut w klimatyzowanym autokarze jest zbawienna dla naszych już lekko zmęczonych organizmów. No i last, but not least: zwiedzać Wielki Pałac można jedynie w towarzystwie przewodników lokalnych. Niedostosowanie się do tych rygorów grozi wysokimi mandatami i prewencją w postaci aresztowania przewodnika. Nie dotyczy to jedynie rosyjskojęzycznych grup, bowiem stać ich na wysokie łapówki.

Marta rozdaje nam przewodnik w języku polskim. Nie każdy zna przecież język angielski, a takim będzie posługiwał się Pui oprowadzając nas po całym kompleksie.

Całość zwiedzania trwa około 2 godzin. Kompleks należy do najbardziej oszałamiających tajskich zabytków i do największych cudów Azji. Na terenie zespołu świątynnego i pałacu znajduje się zadziwiająco dużo budowli i obiektów, które stanowią przegląd architektury całego kraju i obszerne wprowadzenie do uroków Tajlandii.

Przechodzimy przez wąską bramę. Zaraz za nią naszym oczom ukazuje się niewiarygodnie kolorowa, błyszcząca, wręcz oszałamiająca Wat Phra Kaeo. Dookoła migoczące, złote wieżyczki, bogato zdobione pawilony, a wszystko to strzeżone przez liczne, niezwykle barwne mityczne stwory.

Rozpoczęliśmy od Świątyni Szmaragdowego Buddy. Nie bez przyczyny nazywana jest najpiękniejszą świątynią Bangkoku. Niestety, obwiązuje w niej bezwzględny zakaz fotografowania. Jest on do tego stopnia rygorystycznie przestrzegany, że jeden ze strażników, dla którego moje zachowanie wydawało się być nieco podejrzane, zażyczył sobie, bym pokazał mu ostatnie wykonane przeze mnie fotografie. Uff. Zdjęć jeszcze nie zrobiłem. I nawet, jeśli nieco mnie kusiło, już mi się odechciało. Sama świątynia jest najważniejszym obiektem sakralnym w Tajlandii. Na szczycie, na samym środku stoi niewielka, licząca ledwie 66 cm, najświętsza, obdarzona szczególną mocą figura wyrzeźbiona z zielonego jaspisu (mnich, który znalazł figurę błędnie uznał, że zielony materiał z którego jest wykonany to szmaragd). Dla Tajów jest symbolem potęgi, boskości i oświecenia kraju. W zależności od pory roku, jakich w Tajlandii jest trzy, sam król przyodziewa posążek Buddy w inne szaty.

Oprócz Wat Phra Kaeo uwagę przykuwa sześć par demonów (jakszów) – strażników świątyń, replika kambodżańskiej Angkor Wat oraz rzecz jasna Wielki Pałac, który od blisko stu lat służy jedynie do celów ceremonialnych – Król zamieszkuje w rezydencji w innej części miasta. A poza tym kolory, kolory i jeszcze raz kolory!

[singlepic id=1460 float=none]

1. Złota Chedi 2. Budynek biblioteki 3. Panteon Królewski 4. Replika Agkor Wat 5. Para Chedi 6. Sala ordacyjna 7. Sala tronowa 8. Pałac Chakri Maha Prasat 9. Sala tronowa 10. Hor Phra Nak – zawiera prochy członków rodziny królewskiej 11. Hor Monthian Tham – Biblioteka buddyjska 12. Prangi 13. Hor Phra Gandharat – posąg Buddy z Gandhary 14. Phra Thinang Boromphiman – budynek pałacowy 15. Phra Thinang Aporn Phimok Prasat – otwarty pawilon z drewna

[nggallery id=12]

Obiad i rejs po klongach

Po kilku godzinach spędzonych w pełnym słońcu nadszedł czas na chwilę odpoczynku. To pierwszy z wykupiony przez nas, mało fakultatywny, ale jednak fakultet, czyli obiad na barce na rzece Chao Phraya. Nie ma obowiązku wykupienia obiadu. W tym czasie można się gdzieś przespacerować po okolicy, ewentualnie skosztować jakichś smakołyków z licznych gastronomicznych wózków.

Warto jednak chwilę odsapnąć w klimatyzowanej sali. Wybór jedzenia jak zwykle zachwycający.

Po obiedzie wsiadamy na łódź, którą płyniemy po licznych klongach, czyli kanałach, niegdyś będących alternatywnym systemem komunikacji w Bangkoku. Podczas budowy metra wiele z klongów zostało zakopanych. Dziś, gdy miasto staje w coraz dłuższych korkach, a podczas pory deszczowej jest coraz częściej zalewane, pojawiają się pomysły przywrócenia klongom ich niegdysiejszej świetności.

[nggallery id=13]

Kolacja

Po ponad godzinnym rejsie wracamy do hotelu. Na piechotę. Już wiem, czemu RT wynajmuje hotel właśnie w Chinatown. Zdecydowana większość programu zwiedzania realizowana jest całkiem niedaleko Grand China Princess. Zaoszczędzamy więc wiele cennych minut, unikając korków.

Ostatni punkt programu, to wieczorna kolacja połączona z pokazem tajskiego tańca klasycznego. Odbywać się ona będzie w zupełnie innej części miasta, w dość ekskluzywnej restauracji. Robimy się więc na bóstwo i jedziemy.

Do knajpy wchodzi się… na bosaka. Buty zostają w szatni. Ponieważ kolacja odbywa się w klasycznym, tajskim stylu, stoły są bardzo niziutkie. Dla wygody turystów nie klęczy się jednak 2 godziny. Pod stołem jest miejsce na nogi. W rzeczywistości siedzi się normalnie, ale przez schowane w podłodze nogi ma się wrażenie, że stół jest jednak tuż na podłogą. Kolacja, jako jedyny posiłek podczas całej wycieczki, nie była bufetem. Każdy dostawał to samo. Porcje niewielkie, ale bardzo syte. Sześć niewielkich miseczek. Ich zawartość na zawsze pozostanie już tajemnicą. Jedyne, co rozpoznałem, to zupa krewetkowa, sajgonki oraz ryż. Było pysznie.

Pokaz tańca był równie zachwycający. Jedynie monotonna muzyka mogła trochę irytować. Przedstawienie, podczas którego aktorzy nie mimiką twarzy, a ruchami rąk starali się przedstawić różne emocje, trwało około godzinę. Było tak kolorowe, jak cały Bangkok.

Wracając do hotelu prawie zahaczyliśmy o dzielnicę czerwonych latarni. Niestety w ostatniej chwili Aga cofnęła swoją zgodę na moją wizytę tam. ;( Prawie to samo mamy zobaczyć w Pattayi. Jak wiadomo, prawie robi wielką różnicę. Nie udało mi się również wyciągnąć kogokolwiek na nocne zwiedzanie miasta, w tym na podziwianie panoramy z najwyższego hotelu. W sumie nic dziwnego. Po mocno wyczerpującym dniu każdy miał ochotę na chwilę relaxu. Jutro też jest dzień. Równie wyczerpujący.

[nggallery id=14]

I deser… 😉

Nie trafiamy jednak do hotelowego pokoju, a na przedhotelowe schody, wcześniej robiąc alkozapasy w 7Eleven. Kilka piwek, winko, chipsy i pistacje. Najlepszy sposób na zakwasy. W ten sposób kształtuje się nasza 6-cio osobowa podgrupa, w której trzymamy się do końca wyjazdu. Sonię i Rafała już pozdrawiałem. Dziś ukłony dla Karoliny i Mariusza. Ale wiksa… ;))

PS: Jutro opuszczamy Bangkok i ruszamy na północ kraju. Niestety, irytujący zapach to nie jest przypadłość jedynie Chinatown. Mimo wszystko miasto mnie urzekło. Zrobię wszystko, żeby tu jeszcze kiedyś wrócić, bo w jeden dzień to Łodzi nie da się zwiedzić, a co dopiero Bangkoku…

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search