Dzień 1: Pierwsze wrażenia

W Bangkoku wylądowaliśmy o 15.30 czasu miejscowego. Był czwartek, 29 listopada 2555 roku. Jak to możliwe, że trwająca ledwie 12 godzin podróż przeniosła nas w tak odległą przyszłość? W Tajlandii oficjalnie używa się dwóch kalendarzy: Kalendarza Gregoriańskiego, który liczy lata od narodzin Chrystusa (używany m.in. w Polsce) oraz Kalendarza Buddyjskiego, liczącego lata od śmierci Buddy, co miało miejsce w roku 543 przed Chrystusem. Tak więc w Kalendarzu Buddyjskim nasz rok oficjalnych narodzin Chrystusa, to rok 543. Świętowany hucznie na Świecie rok 2000 w Tajlandii był więc rokiem 2543 itd. Już to było zwiastunem „inności” tego kraju. Azja…

Bangkok przywitał nas sporym upałem. Niby tylko 31 stopni Celsjusza, ale w połączeniu z dość dużą wilgotnością i pogodą, którą zostawiliśmy w Polsce dało się odczuć różnicę. Tylko raz w życiu przeżyłem takie zderzenie gorąca i duchoty z przyjemnym chłodem klimatyzowanego lotniska. Było to na Florydzie i wtedy od razu po wyjściu z chłodnej hali przylotów na rozgrzany do konsystencji zjełczałego masła parkingowy asfalt, zawróciłem na pięcie i chciałem wracać. Dziś, choć teoretycznie w Tajlandii rozpoczęła się pora zimna, byłem przygotowany na takie powitanie. Azja…

A więc jesteśmy. Pierwszy raz na pełnoprawnej, azjatyckiej ziemi. Może to tylko subiektywne odczucia, ale na każdym kroku widać tę inność. A pierwsze kroki postawiliśmy naturalnie na lotnisku.

Pierwsze wow – lotnisko

Port lotniczy Suvarnabhumi położony jest około 25 km od samego Bangkoku. Jest jednym z największych i najnowocześniejszych (otwarcie w 2006 roku) portów lotniczych na świecie i widać to na każdym kroku. Lotnisko potrafi obsłużyć największe samoloty pasażerskie na świecie, w tym te dwupokładowe. Szkło, stal, niekończące się korytarze i sufit ciągnący się aż po horyzont… Kubatura nie do ogarnięcia. A do tego tablica przylotów i odlotów wielkości boiska do siatkówki… Warszawskie Lotnisko Chopina to przy nim jakaś popierdówka dla tanich linii…

Nie potrafiąc zamknąć gęby z podziwu ruszamy w poszukiwaniu bagażu. Ale zanim o bagażu, mój wzrok przyciągnął jeden z kantorów. Szybka analiza kursów i już wiem, że nie jest źle, chociaż po przeczytaniu kilku internetowych opinii przed wylotem, nie decyduję się na wymianę. Ale jeśli ktoś od razu na lotnisku musi zrobić zakupy, uprzejmie donoszę, że jest możliwość kupienia Bathów.

Oznakowanie lotniska jest bardzo czytelne (wszystkie komunikaty podawane są w dwóch językach: tajskim i angielskim), więc nawet zostając nieco w tyle za pozostałymi współpasażerami udaje nam się trafić na odprawę paszportową. Tam, po wypełnieniu otrzymanej jeszcze w samolocie deklaracji i uśmiechu do kamery zostajemy wpuszczeni na ziemię tajską. Odkąd zniesione zostały wizy turystyczne, odprawa ta idzie bardzo sprawnie. Wszyscy są uśmiechnięci i skorzy do pomocy.

Bagaż znajdujemy szybciutko. Tym razem, nauczeni doświadczeniem wcześniejszych podróży od razu sprawdzamy stan walizek i kłódek. Wszystko OK. Szukamy więc znaku sygnału do zbiórki.

Drugie wow – dyscyplina

Zebranie ekipy z Baśniowej Tajlandii okazało się nie być mega trudnym zadaniem. Za drzwiami strefy odbioru bagażu, machając radośnie tabliczką z logo Rainbow Tours przywitał na niejaki Pui Kittinop (sorry, zapis fonetyczny), pracownik SI Tours, lokalnego partnera Rainbow, i jak się później okazało, nasz lokalny przewodnik. W kolejnych notkach poświęcę mu więcej miejsca, ale już na pierwszy rzut oka wydaje się być rasowym Tajem. Miły, serdeczny, pomocny, wiecznie uśmiechnięty. Zarażał optymizmem. Pui, jak inni lokalni przewodnicy jest anglojęzyczny, co może być pewnym kłopotem dla niektórych turystów. Głównym opiekunem grupy jest jednak Marta z RT. O Marcie też zapewne nie raz wspomnę.

Zebranie 40-osobowej grupy zajęło mniej czasu, niż spalenie przez Agnieszkę papierosa, czy znalezienie przeze mnie działającej, otwartej sieci Wi-Fi. Nieźle. To dobry prognostyk na resztę wycieczki.

Za drzwiami klimatyzowanego lotniska przywitał nas upał i zaduch. Po 12 godzinach lotu (ponad 16 od wyjścia z domu) nie czułem się zbyt świeżo. A do tego „długie nogawki” oraz ściana stojącego powietrza na dzień dobry. Rekcja organizmu mogła być tylko jedna. Czoło zlane potem i suchości w gardle. Na szczęście szybko wskakujemy do wychłodzonego autokaru. Wychłodzonego na kość warto dodać. Jak wielokrotnie podkreślała Marta, dla Tajów Europejczycy traktowani są jak Eskimosi. Uważają oni, że żebyśmy czuli się komfortowo, a na tym im przecież zależy, musi być baaardzo zimno. W wielu przypadkach chłód autokaru był bardzo przyjemny, ale niejednokrotnie wydawało się, że jest zimno aż do przesady. Azja…

Oprócz zbawiennej klimatyzacji, autokar powitał nas również butelką schłodzonej wody na główkę. Miło.

W autokarze, bez zbędnych wstępów Marta przedstawia nam plan najbliższych kilku godzin. Hotel, prysznic, czas wolny, kolacja powitalna, zebranie organizacyjne. Opowiada w kilku słowach o sobie i Pui. Proponuje, byśmy wszyscy mówili sobie na Ty, co ma zmniejszyć dystans pomiędzy turystami, a pilotami oraz turystami, a turystami. Jedynie kierowca życzy sobie, aby mówić mu na Pan. Nic dziwnego. Nazwisko zobowiązuje. Naszym szoferem przez całe 10 dni objazdu po Tajlandii będzie… Mr. Bond! 😉 Od razu poczułem się sporo bezpieczniej, mimo, że jakoś tak dziwnie wszyscy jeżdżą po lewej stronie…

[nggallery id=4]

Trzecie wow – Bangkok

Dojazd z oddalonego o 25 km od miasta lotniska do hotelu położonego w tzw. Chinatown zajął nieco ponad godzinę. Mimo naprawdę niezłej infrastruktury drogowej i długich odcinków trasy szybkiego ruchu, spowolniły nas korki. Ale nie ma tego złego. Bangkok już z okien autokaru wywarł na nas wielkie wrażenie. Wszechobecny kontrast: sypiące się ruiny vs. piękne wieżowce; nowiutkie pickupy vs. rozklekotane skuterki; lśniące witryny vs. gastronomiczne wózki, itd., itd.

Siedzę tak od dobrych kilku minut, żeby użyć jakiegoś zacnego porównania, z czym mi się kojarzy Bangkok na pierwszy rzut oka i nie potrafię takowego znaleźć. Banalnym byłoby napisać, że trzeba to zobaczyć na własne oczy, choć oczywiście trzeba. Nawet zdjęcia nie są w stanie oddać tego, co widzą oczy, słyszą uszy i czuje nos. Z pewnością Bangkok jest taki, jaką zawsze wyobrażałem sobie Azję. Głośny, żywy, kolorowy. I brudny. Zdaje się, że nie obowiązują tu żadne normy. Ani środowiskowe (smog aż pali w gardło), ani bezpieczeństwa (5 osób na skuterze? Standard.), ani nawet planu zagospodarowania przestrzeni miejskiej (budynek, na budynku). Wszystko to jest oczywiście konsekwencją charakteru 12-milionowego miasta zajmującego ponad 1.500 km2 (dla porównania Warszawa ma 1,7 mln mieszkańców i 517 km2 powierzchni).

Jest inny, niż wszystkie miasta, w których dotychczas miałem okazję być. Jest piękny, mimo, że brudny jak Paryż. Jest intrygujący, choć trochę straszny jak Czarnobyl. Jest fascynujący i przyciągający jak Barcelona. Głośny, jak Łazienkowska 3 w Warszawie za najlepszych swych lat. Zakorkowany, jak NY podczas popołudniowego szczytu. Jest dokładnie taki, jakiego oczekiwałem!

[nggallery id=5]

Czwarte wow – hotel

Rainbow Tours na swoich wycieczkach objazdowych gwarantuje nocleg w hotelach trzy- i czterogwiazdkowych. Wiadomo, skale lokalne nijak mają się do tych europejskich, dlatego nocleg zawsze pozostaje pewną niewiadomą. Jeszcze kilka lat temu turyści RT nocowali gdzieś w centrum miasta (Hotel Bangkok Palace). Miało to swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Było zdecydowanie bliżej do pięknych wieżowców, z których można podziwiać nocną panoramę miasta, ale następnego dnia rano, zanim rozpoczęło się na dobre zwiedzanie, już stało się w korku. Między innymi dlatego organizator postanowił zmienić miejsce zakwaterowania swoich turystów na hotel położony bliżej rzeki, praktycznie w sercu Chinatown – Grand China Princess. I znów plusy dodatnie i plusy ujemne. Dalej do centrum, ale za to pośrodku folkloru!

Choć nigdzie nie znalazłem takiej informacji, na moje oko Grand China Princess to solidne, europejskie 3 gwiazdki. Bez większych wodotrysków, ale czystko, schludnie i naprawdę przyjemnie. Jest to dość duży hotel, bo aż 25-piętrowy, choć na próżno szukać niektórych kondygnacji. Wiadomo, Azjaci są nieco przesądni. Ma wszystko. Przestronne lobby z barem, w którym przywitano nas welcome drinkiem, czyli słodkim soczkiem, ale za to mocno zmrożonym. Dwie restauracje – śniadaniową na 10 piętrze i nieco bardziej wystawną, z panoramicznym widokiem na całe miasto, kręcącą się wokół własnej osi restaurację na ostatniej kondygnacji. Basen i centrum spa. Sale konferencyjne. Krawca i butiki. No i, co najważniejsze, przestronne pokoje z wielkimi okami.

Słów kilka o samym pokoju. Jakieś 20 m2, klimatyzacja, dwa spore łóżka, tv, lodówka. Internet płatny (jedynie w lobby 4 free). Ręczniki, kosmetyki, szlafroki, kapciuszki… Czego dusza zapragnie. Jedynie suszarki brak.

Meldunek przebiegł dość sprawnie. Szybko dostaliśmy klucz do pokoju, choć na walizki musieliśmy troszkę poczekać. Po ich rozpakowaniu (spędzimy tu dwie noce) i szybkim prysznicu wychodzimy na chwilę przed hotel zrobić rozeznanie w okolicy. Nie mamy zbyt dużo czasu, bowiem chwilę później rozpoczyna się kolacja, a po niej zebranie.

Kolacja, jak już wspomniałem, na ostatnim piętrze, w kręcącej się wokół własnej osi restauracji. Robi wrażenie. Jedzenie? Bufet z dość sporym wyborem dań. Przedsmak tego, co nas czeka przez następne 2 tygodnie. Pikantnie, ale bardzo smacznie. A do tego wszystkiego miła atmosfera z grającym w tle fortepianem. Podczas kolacji zawieramy pierwsze znajomości, które, jak się później okazało, przetrwały aż do końca wyjazdu. Sonia i Rafał – pozdrawiam! 😉

Na zebraniu poznajemy szczegółowy plan na najbliższe dni. Płacimy za bilety wstępu (95€ od osoby) oraz wybrane wycieczki fakultatywne. Decydujemy się na wszystko, łącznie z okrytymi złą sławą w internetowych relacjach „Latającymi warzywami”. Odpuszczamy jedynie Kolację w stylu khantoke w Chiang Mai, bo jak sama nas przekonywała Marta, to samo zobaczymy już następnego dnia w Bangkoku. Nie decydujemy się również na zorganizowaną wycieczkę na wyspę Koh Larn. Spróbujemy wybrać się tam na własną rękę.

Łącznie za 8 fakultetów (7 na objeździe: lunch na tratwie w Bangkoku, spływ rzeką Kwai + przejazd koleją śmierci, Latające warzywa + riksze, hotelowa kolacja w Chiang Rai, wizyta w Birmie, masaż tajski, wioskę słoni oraz rewię transwestytów w Pattayi) zapłaciliśmy w sumie 13.000 THB za dwie osoby.

Warto za fakultety płacić w bathach, które z powodzeniem można wymienić w hotelowym lobby. Ale nie wymieniajcie tam całej gotówki, bo będą jeszcze atrakcyjniejsze oferty. Marta przyjmuje również dolary i euro, ale kurs, delikatnie mówiąc jest mało korzystny. Z drugiej strony nic dziwnego. Z jakiej racji to ona ma ponosić ryzyko wahań kursowych? Chcesz być wygodny? Płać za wygodę!

Teoretycznie wszystkie fakultety powinno się opłacić już pierwszego dnia, żeby przewodnicy mieli czas na organizację, zakup biletów itp. W praktyce zdarzało się, że ktoś na ostatnią chwilę się decydował i nie robiono mu z tego powodu kłopotów. Co w sytuacji, gdyby ktoś chciał zrezygnować? Nie wiem. U nas takiego przypadku chyba nie było. [Aktualizacja: Były u nas dwa takie przypadki. Wysokości / procenta odzyskanych wpłat niestety nie znam.]

[nggallery id=6]

Piąte wow – ulice

Po zebraniu czas na krótki spacer. Postanowiliśmy nie wypuszczać się daleko w miasto, żeby mimo wszystko położyć się o ludzkiej porze i być wypoczętym na jutrzejsze zwiedzanie (zmiana strefy czasowej i podróż są jednak męczące). Robimy więc szybkie alkozakupy w 7Eleven, których w promieniu 500 metrów od hotelu jest co najmniej 3, a następnie udajemy się  eksplorować okolicę. Szybko znajdujemy tętniącą życiem ulicę pełną straganów i sklepików. Pachnie jedzeniem i owocami.

Co kilka metrów mijamy kolejne wózki z innymi produktami. Jedni handlują pięknymi, dorodnymi owocami, inni z tych owoców robią na Twoich oczach sok. Jeszcze inni grillują mięso na rozżarzonych węglach. Nieco w bramie stoi pan i parzy herbatę. Na stojaku obok, wyłożone na lodzie i podlewane wodą prezentują się kraby i krewetki. Pachnie ryżem. Jest kolorowo i głośno. Nikomu nie przeszkadza, że 2 metry dalej pędzą auta, a tuż za ich plecami leżą worki ze śmieciami. Mimo, że Pani Magda Gessler miałaby tu używanie, jakoś specjalnie nie niepokoi mnie ten ewidentny brak higieny. Ledwie godzinę temu zjadłem obfitą kolację, a już wiem, że nie dam rady się powstrzymać przed skosztowaniem czegokolwiek.Tylko na co tu się skusić?

Ostatecznie, z dość bogatej oferty wybieramy 10 grillowanych szaszłyków z piersi kurczaka. Z sałatką i sosem kosztowały 50 THB. 50 za 10 sztuk! Say what?! Do tego sok ze świeżo wyciskanych granatów za 20 THB i późna kolacja pod tzw. korek dla dwóch osób za 7 PLN jak znalazł… Ciągnie nas dalej w miasto, ale rozsądek zwycięża. Wracamy do hotelu. Przed nami krótka noc. Pobudka o 6.30.

[nggallery id=7]

Łyżka dziegciu

Mimo, że jestem tu dopiero kilka godzin, Bangkok fascynuje mnie coraz bardziej. Ale już teraz wiem, że nigdy w życiu nie chciał bym tu zamieszkać. Jest gorąco, jak w saunie, przez smog nie ma czym oddychać, a po ulicach biegają szczury. I śmierdzi. Niemiłosiernie śmierdzi. Być może to tylko i aż przypadłość Chinatown. Ale i tak uśmiech nie schodzi mi z gęby. Inny świat! Azja…

PS: W 7Eleven oprócz lokalnych napitków kupuję również starter pre-paid w sieci dtac. Usługa nazywa się Happy i z pewnością targetowana jest na turystów, bowiem zarówno ulotki, jak i komunikaty od operatora są w języku angielskim. Zestaw startowy kosztuje 49 THB. Zawiera ważną 35 dni kartę sim i microsim w jednym, co jest dość istotne dla posiadaczy niektórych smartfonów, czy tabletów. Na start dostajemy 15 THB. Od razu kupiłem sobie kartę doładowującą o wartości 200 THB. Taki zestaw wystarczył mi na cały pobyt przy sporadycznym korzystaniu z 3G oraz średnio jednym smsie do Polski dziennie (koszt ok. 6 THB). Operator często wysyła różne oferty dodatkowych pakietów, czy to na minuty, czy Internet. Cen połączeń do Polski niestety nie zweryfikowałem. Korzystałem z usługi Tele Play oraz UPC Phone.

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search