Dzień 0: Podróż

Dwa dni przed wylotem znalazłem na jednej ze stron o tanim lataniu ofertę kupna biletów na nasz przelot czarterowy do Bangkoku. Koszt: niecałe 1.600,00 PLN za osobę w dwie strony (powrót po 7 dniach). Pomyślałem sobie, że to w sumie dobra wiadomość. Oznaczała ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że są wolne miejsca! Czyli może nie będzie takiej rzeźni podczas lotu, jakiej się spodziewałem. Może nawet, jak szczęście dopisze, będzie można sobie wyciągnąć nogi na sąsiednim fotelu <oczy_kota_ze_Shreka>… Jakież było moje rozgoryczenie, jak 2 dni później, przechadzając się po raz 27 po samolocie stwierdziłem 2 (słownie: dwa) wolne miejsca. ;/

Jest czwartek, 28 listopada. Godzina 18:50. Podjeżdżamy pod halę odlotów warszawskiego Lotniska Chopina. Nie spieszymy się. Do rozpoczęcia zbiórki mamy dobre 15 minut. Jest czas na jednego z ostatnich papierosków przed przymusową przerwą. Jest czas na podziwianie nowego obrandowania lotniska [„Drimlajner – srimlajner”, jak to co niektórzy mawiają]. Spokojnie, bez nerw zmierzamy do okienka Rainbow Tours po odbiór biletów. Mimo, że godzina W jeszcze nie wybiła, ustawiła się już znaczna kolejka. Na szczęście obsługujący nas pan dość sprawnie działał i po kilku minutach mieliśmy już swoje papiery (WAŻNE! Zabierzcie ze sobą umowę. Pan woli patrzeć na nią, niż na paszporty…). Bagaż zdajemy w stanowiskach 241-243. No to szukamy.

Długo to nie trwało. W zasadzie jedna kolejka na całym nowym terminalu. I to taka po horyzont. Oczywiście nasza. Madafaka… TIP dla Was: Na dzień dobry jedna osoba niech zajmuje miejsce w kolejce do odprawy bagażu. A jeśli jeszcze (jak w naszym przypadku) nie wyświetlają się dane lotu na monitorach, prawo Murphy’ego mówi coś o zajmowaniu kolejki najdłuższej… No nic. Aga idzie gromadzić w organizmie zapasy nikotyny, a ja cierpliwie stoję. Stoję. Stoję. Wróciła. Stoimy. Poszła znów. Stoję. Stoję. Wróciła. Stoimy. Poszła do kiosku. Stoję. Stoję. Stoję. Do centrum poszła?? Stoję. Wróciła. Stoimy. Stoimy. No, wreszcie my! Szczerze mówiąc, traciłem już nadzieję, że w samolocie są jakiekolwiek wolne miejsca. No, ale próbuję:

– Dzień dobry.
– Dzień dobry.
– Proszę Pani, może coś w pierwszych rzędach Pani zostało?
– Niestety nie…
– To może chociaż w ewakuacyjnych? Co prawda na skrzydle, ale chociaż miejsca na nogi więcej?
– Nie proszę pana.
– Ja chcę przy oknie – powiedziała Agnieszka.
– Niestety, obawiam się, że przy oknach wszystkie zajęte. Mało tego. Nawet 2 koło siebie wolnych nie mam.
– Super…

Ostatecznie wylądowaliśmy w samym środku samolotu na miejscach przy przejściu, czyli teoretycznie koło siebie. I powiem Wam, że nie były to złe miejsca. Przynajmniej nogi spokojnie można było wyciągnąć.

Tak wygląda plan siedzeń w Boeingu 737-800. U nas wyjścia ewakuacyjne były nieco bliżej (chyba rząd 15 i 16). Generalnie najwygodniejsze zdają się być te zaznaczone na żółto i granatowo.

b737

Zanim wsiedliśmy do samolotu były zakupy na bezcłówce, a po nich mała niespodzianka dla palaczy. Jest palarnia! Piękna, nowa, przeszklona kabina. Pomieści ze 20 osób naraz. Jest też niespodzianka dla niepalących. Nawet przebywanie wewnątrz tej kabiny nie skutkuje wdychaniem smrodu papierosów. Szok.

Naładowani nikotyną i obładowani bagażami podręcznymi + zakupami [przygotujcie się na wydatek rzędu 9 PLN za 0,5 Coca-Coli…] wsiadamy do samolotu. Nie myślałem wówczas o tym, jak długi lot mnie czeka, a w jakim towarzystwie. Najbardziej obawiałem się jakiegoś misia, który nie dość, że będzie wylewał się z fotela, to sobie popije, a potem zacznie chrapać, albo się pocić. Inna wizja, to nawiedzone mohery, prowadzące zagorzałe dysputy przez całą drogę… Na szczęście moimi sąsiadami okazało się być małżeństwo sympatycznych 50-latków. Na dzień dobry wzbudzili we mnie sympatię, gdy tylko zobaczyłem, że wraz ze swoimi przyjaciółmi siedzącymi w następnym rzędzie strzelili sobie po kubeczku rudej pod dobry lot. Agnieszka też dobrze trafiła: młode, ciche małżeństwo bez nałogów.

To tyle z rzeczy przyjemnych. Startujemy.

Nie zdążyliśmy dobrze oderwać się od ziemi, a w ruch poszły kanapki, herbatki i zakupiony na bezcłówce alkohol. Feeria zapachów w całym samolocie. W sumie nic dziwnego. Jest godzina 21.15 i czas kolacji. Ja na razie wstrzymuję się z jedzeniem. Czekam na chwile słabości.

Po około 2 godzinach Enter Air ruszył z cateringiem. I tu miła niespodzianka. Oprócz kanapek z bułką z ziarnami (10 PLN), ciabatty (16 PLN) do wyboru były również dania na ciepło! Naleśniki (20 PLN) oraz pierś z kurczaka z fasolką i ziemniakami (24 PLN). Skusiłem się na pierś. Czy była warta swojej ceny? Nie. Czy była jej warta w warunkach, w jakich dokonałem zakupu? Tak. Ciepły, sycący posiłek. I do tego nawet smaczny (6/10). Dobra sprawa jak na ponad 12-godzinny lot.

Przez kolejne 4 godziny, czyli do momentu międzylądowania w Omanie nic się nie działo. Większość pasażerów, korzystając z braku ciekawszego zajęcia w obecnej chwili po prostu ucięło sobie drzemkę. A w śród nich i Agnieszka i ja również. A pozycji przybieranych przez co poniektórych, to nawet w Kamasutrze próżno szukać. Wiem, bo obrazki przeglądałem. I wiem, bo spałem jakieś 2 godzinki max.

Ale jeśli wyglądałem tak, jak moi współtowarzysze niedoli, to ja Cię kręcę…

Patrzę w prawo: plecy na siedzisku, głowa na oparciu, nogi na stoliku. Patrzę w lewo: Głowa na stoliku, nogi na siedzisku, plecy na oparciu. Patrzę przed siebie: Nogi na oknie, głowa na siedzisku, plecy w powietrzu. Patrzę za siebie: głowa na kolanach, nogi na stoliku, plecy na oparciu. Idę do toalety. Wracam. Nogi na oparciu, głowy nie widać. Tam ktoś stoi, ktoś inny kuca. Jeden jegomość leży na podłodze między siedzeniami, a jego partnerka korzysta z okazji, rozciągając się aż na dwóch fotelach. Pozycje na dzięcioła, popielniczkę, glonojada i myśliciela też oczywiście zaistniały. Na szczęście przesadnie głośno nie było słychać chrapania. Ale już świsty do mnie dochodziły. Czy leci z nami ortopeda??

Wszystkich, jak jeden mąż, obudziło międzylądowanie na dotankowanie samolotu. Wszystko zaczęło się 15 minut przed planowanym lądowaniem. Skończyło 30 minut po planowanym starcie. Nie wiem, dlaczego tyle to trwało, ale z pewnością wpływ na opóźnienie miała zmieniająca się załoga. Przez okres przebywania na omańskiej ziemi nie można było nie tylko skorzystać z toalety, ale nawet wstać z miejsca… Miło. Jeśli chodzi o sam Oman, to po pierwsze primo niewiele widziałem, bo jak już wspomniałem, siedziałem przy przejściu, a do tego na wysokości skrzydła. Po drugie wylądowaliśmy przed świtem, więc z góry nie było wiele widać. Lotnisko, jak lotnisko. Mocno arabskie. Beżowe. Tankowali Shella. Po ile z litr? Nie wiem…

Druga część lotu, mimo narastającego zmęczenia minęła znacznie szybciej. Może dlatego, że lecieliśmy z silnym wiatrem? A może dlatego, że było nam już wszystko jedno? Po 12 godzinach lotu jest człowiekowi wszystko jedno. Boli każda kość i każdy mięsień. Co prawda podczas podróży spodziewałem się większego hardcore’u, ale dopiero teraz czuję, jak mój organizm wraca do życia…

I zasmażka

W Bangkoku wylądowaliśmy o 15:35 czasu miejscowego, czyli z lekkim opóźnieniem. Przez ułamek sekundy po lądowaniu na pokładzie była cisza. Zapomnieli? Śpią? Nie mają siły? Nie, jednak nie. Zaczęli klaskać… ;/ Na pocieszenie dodam tylko, że podczas międzylądowania o klaskaniu zapomniano. Jest nadzieja…

PS: Zdejmijcie buty zaraz po wejściu do samolotu. Czynność ta po 10 godzinach podróży będzie bardziej odczuwalna przez współpasażerów, niż przez Twoje nogi…

PPS: Za karton (nie paczkę!) L&M na pokładzie samolotu zapłacicie 66 PLN. Marlboro po 90 PLN.

PPPS: Pierwsze wrażenia? Ciężko tak w jednym zdaniu… Jest inaczej. Zdecydowanie inaczej…

[nggallery id=2]

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search